„Za łyżkę strawy lub wody można było zabić lub błogosławić” – wspomnienia Orawianki z Auschwitz

Niech ci, co przeżyli, uczą młodych o czasie nieludzkim, hitlerowskiej okupacji – to maksyma, którą redakcja “Orawy” otwierała oświęcimskie wspomnienia Marty Jabłońskiej, która w fabryce śmierci przeżyła dwa lata.

Po ataku na Polskę Niemcy dążyli do zniszczenia nie tylko państwa, ale również polskiego narodu. Eksterminacji miały zostać poddane elity intelektualne. Zamierzano wymordować wszystkich, którzy podjęli walkę z okupantem. Pozostali mieli być niewolnikami.

Realizacji tych planów służyć miały niemieckie obozy koncentracyjne. Pierwszym takim miejscem na okupowanych ziemiach polskich było Auschwitz – “fabryka śmierci” urządzona przez Niemców na wysiedlonym obszarze Oświęcimia. Początkowo mieli tu trafiać głównie Polacy, podejrzani o udział w konspiracji. Z czasem przybywało także przedstawicieli innych narodowości, a od 1942 r. obóz stał się jednym z ośrodków nazistowskiego planu wymordowania Żydów zamieszkujących okupowane przez III Rzeszę tereny.

– – –

Marta Jabłońska w początkach lat 90. XX w.

Marta Jabłońska urodziła się 6 maja 1912 raku w Jabłonce. Jej ojcem był Maciej Wierczek, kierownik szkoły podstawowej. Opuścił on po I wojnie światowej Orawę szukając pracy bliżej szkół średnich, by kształcić swoje potomstwo. Miejscowość, w której pracował przypadła Czechosłowacji i Maria chodziła do szkół z językiem słowackim. W roku 1935 wyszła za mąż za Piusa Jabłońskiego, pracującego w tym czasie w Państwowym Gimnazjum w Nowym Targu. Razem z nim organizowała tajne nauczanie podczas niemieckiej okupacji. Za tę działalność, po zadenuncjowaniu, została aresztowana przez Gestapo 17 października 1942 r. Po długim i okrutnym śledztwie w Zakopanem i Tarnowie, przewieziono ją do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Przebywała tam od stycznia 1943 roku do lutego 1945 roku. Marta Jabłońska złożyła w redakcji „ORAWY” rękopis zawierający wspomnienia z obozu, z którego drukujemy poniżej drobne fragmenty (nr 4-5/1990).

Po zabraniu wszystkich osobistych rzeczy, jak grzebień, szczoteczka do zębów, buty, zapasowa odzież i bielizna, odbył się tatuaż każdej więźniarki. Dano nam obozowy strój niestosowny ani do sylwetki więźniarki, ani do pory roku, pełen insektów i obrzydliwie brudny. Wybicie nam numeru na przedramieniu lewej ręki oznaczało, że przestałyśmy być ludźmi, a stałyśmy się kolejnymi numerami obozu oświęcimskiego. Mój numer 32261.

Pierwsze dni w obozie były tak straszne, że nikt, kto tego nie doświadczył, nie jest w stanie owego koszmaru zrozumieć.  Karność była wprost bestialska. Więzień nie śmiał o nic walczyć, więzień nie mógł się niczemu sprzeciwić. Warunki aprowizacyjne, odzieżowe, higieniczne, mieszkaniowe zapewniały istotom ludzkim jedynie zagładę. Twierdzę, że codzienne apele należały do najstraszniejszych tortur. Najbardziej niebezpieczne były apele zimą, wiosną i jesienią. Półnagie więźniarki musiały codziennie rano i wieczorem stawać na zimnie przed blokami do kontroli liczbowej. Po apelu porannym zupełnie skostniałe z zimna maszerowałyśmy do bramy obozowej i stamtąd, już po podzieleniu nas na grupy, pędzone byłyśmy do pracy (…). Nasza grupa pierwszego dnia otrzymała pracę przy rozbiórce domów prywatnych w okolicy obozu, a było to 30 stycznia 1943 roku. Praca była bardzo ciężka, kilofami wybijałyśmy cegły z rozbieranych domów. Pilnujący nas esesman z groźnym psem nie spuszczał z nas oka. Gdy któraś z więźniarek źle uderzyła kilofem i rozbiła cegłę, otrzymywała kilka kopniaków, albo ostrym pejczem po głowie (…).

Wkrótce zachorowałam i znalazłam się w szpitalu, w języku obozowym — na rewirze. Podobno z początkiem 1943 roku jego stan się znacznie poprawił, w moim pojęciu był straszliwy. Stamtąd nikt nie wracał, to były bloki śmierci. Mój pobyt na rewirze trwał trzy tygodnie. Pamiętam, że 3 lutego po rannym apelu zgłosiłam się w przychodni rewiru i przydzielono mnie do bloku 17-tego. Nie będę opisywała, jak taki szpitalny blok wyglądał, wchodząc tam wydawało mi się, że wchodzę do otchłani, do piekła pełnego jęku, zgrozy, cierpienia.

Miejsc wolnych nie było, a przecież przyszło nas kilkanaście chorych. Łóżka były trzypiętrowe, a na każdym leżały już po dwie, trzy ciężko chore. W pewnym momencie zauważyłam, że jedna z więźniarek — jak się okazało pełniła ona funkcję pielęgniarki — ciągnie coś z łóżka z trzeciego piętra. Były to jeszcze ciepłe zwłoki zmarłej na tyfus brzuszny. Owa pielęgniarka nie zadała sobie wiele trudu ze zmarłą. Chwyciła ją za nogi i wywlekła przed blok na stos trupów. Mnie i jednej z towarzyszek niedoli nakazała zająć opuszczone miejsce. Pozostali chorzy z nowo przybyłych musieli czekać na opróżnienie się miejsc. Dzisiaj wydaje mi się niewiarygodne, by kładąc się na barłóg pełen zarazków duru brzusznego, na barłóg mokry i tak okropnie cuchnący, nie zarazić się.

Nie wiem, co się dalej ze mną działo i co stało się z moją towarzyszką niedoli, bowiem zapadłam w gorączkowy sen tyfusu plamistego. Dopiero po trzech tygodniach odzyskałam świadomość. To, że żyję po tych okropnych gorączkach, to chyba cud (…).

Zanim zaczęłam pracować na rewirze, w okresie gdy byłam rekonwalescentką, chodziłam wciąż głodna. Nie otrzymywałam paczek, ani też nie miałam możliwości zorganizowania dodatkowej porcji zupy czy innych płynów (…). W roku 1943 podczas świąt Wielkiej Nocy za wszelką cenę chciałam zdobyć coś do jedzenia. Wybrałam się po wieczornym apelu pod blok kuchenny i tam na śmietniku wygrzebałam kilka zgniłych ziemniaków i kość, silnie jednak już cuchnącą. Chciałyśmy to wszystko, ja i moje koleżanki, zjeść wieczorem na pryczy. Nie dało się jednak, tak bardzo te resztki cuchnęły.

Innym razem odważyłam się znów pójść pod kuchenny blok w porze poobiedniej. Stały tam puste kotły, z których łyżką zaczęłam wygrzebywać resztki. Byłam tak zajęta tą czynnością, że nie zauważyłam przejeżdżającego esesmana. Napełniłam sporą miskę i cieszyłam się, że będę się mogła podzielić z koleżankami swoją zdobyczą. Nagle poczułam silne uderzenie w plecy. Nie zdążyłam się ocknąć z przerażenia, gdy dostałam silnego kopniaka, który mnie odrzucił od kotłów. Moja zdobycz wraz z łyżką przepadły. Szybko się podniosłam i stanęłam oko w oko z prześladowcą. Całe szczęście, że esesman był bez psa. Spisał mój numer i blok, dodał kilka razów w plecy i głowę i kazał odmaszerować (…).

Głód był ważną przyczyną przekraczania norm moralnych, agresywności lub skrajnej obojętności prowadzącej do rychłej śmierci. Przerażające były kradzieże chleba czy jakiegokolwiek pożywienia. Wiem, że za łyżkę strawy lub wody można było zabić lub błogosławić (…). Stwierdzam jedno, życie obozowe nauczyło nas bardzo wiele, wiele w nas zmieniło zupełnie. A kto twierdzi, że życie obozowe go zepsuło, ten nie zaznał w obozie prawdziwego cierpienia.

opr. Ryszard Kantor

 

Kilka lat od tej publikacji, autorkę oświęcimskich wspomnień już tylko opisywał wydawca najważniejszego orawskiego tytułu ostatniej dekady XX w.:

– Przeżyła straszny koszmar obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Po długich cierpieniach zasnęła w Panu 20 września 1994 r. Pogrzeb odbył się 23 września na jabłończańskim cmentarzu. Kondukt pogrzebowy wyruszył z domu o godz. 13:30. Prowadzili go ks. Florian Kosek, ks. Tadeusz Juchas, o. Michał Wojnarowski i księża wikariusze z Jabłonki. Mszę św. koncelebrowaną odprawił ks. biskup Jan Szkodoń. Na miejsce wiecznego spoczynku odprowadził ś.p. Martę ks. biskup Jan Szkodoń w asyście księży, Rodzina, Przyjaciele i tłumy wiernych. Przemówienia wygłosili Emil Janowiak i Leon Rydel – pisał ks. Władysław Pilarczyk (“Orawa”, nr 32/1994).

– Wiele przecierpiałaś w czasie okupacji hitlerowskiej, zawsze wierna swojej Ojczyźnie. Pamiętam nasze posiady u Ciebie ze ś.p. ks. prałatem Stefanem Joniakiem. Szczere rozmowy o umiłowanej ziemi orawskiej. Więcej było tych spotkań. Dom otwarty dla wszystkich miłujących prawdę. Służyłaś informacjami, wydawnictwami, fotografiami z dawnej przeszłości. Byłaś źródłem wiedzy o czasach, które minęły, a są historią tej ziemi. Zawsze gościnna i serdeczna. Będziemy odczuwać brak tego ogniwa łączącego dawne czasy z obecnymi. (…) Swoim życiem zasłużyłaś na nagrodę niebieską. Niech Twoja dusza odpoczywa w Panu. My zachowajmy pamięć z modlitwą za Twoją duszę. Odpoczywaj w pokoju w orawskiej ziemi, zawsze wierna jej! – przemawiał nad grobem zmarłej Leon Rydel.

 

ZOBACZ TAKŻE: Orawianie w niemieckich obozach śmierci

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *