Wielkanoc w podróży z Paryża do Warszawy

To był naprawdę wielki Wielki Tydzień! Dość, że w przeddzień Niedzieli Palmowej delegaci Orawy i Spisza spotkali się w Paryżu z prezydentem USA, to jeszcze samą Wielkanoc – wspomnienie zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią spędzili w atmosferze tryumfu odrodzenia się Polski po wieku zaborów.

Takby się każdemu zdawało, że człowiek może wyjechać z Paryża, kiedy się mu spodoba. Tak nas zapewnili i w Warszawie przed wyjazdem, że do domu będziemy mogli wrócić kiedy zechcemy. Jechaliśmy do Paryża z wielkimi nadziejami. Nadzieje wzrastały po niektórych pomyślnych posłuchaniach. Widzieliśmy się z Wilsonem. Paderewski nas zapewnił, że będzie o nas starannie dbał, zadecydowaliśmy więc wracać do kraju — tak ks. Ferdynand Machay podsumowywał okoliczności, w których po trwającym miesiąc pobycie w stolicy Francji spisko-orawska delegacja podjęła decyzją o powrocie do Polski. Kapłan z Jabłonki wraz z Piotrem Borowym z Rabczyc, Wojciechem Halczynem ze Spisza oraz towarzyszącym im dr. Kazimierzem Rouppertem spotkali się z dyplomatami obradującymi na kongresie pokojowym o nowym porządku politycznym w Europie po pierwszej wojnie światowej.

ZOBACZ TAKŻE: Orawianie na spotkaniu z prezydentem USA

Pierwsze dni Wielkiego Tygodnia upłynęły delegatom na przygotowaniach do wyjazdu i pożegnaniach. Jak odnotowuje ks. Machay, z Ignacym Paderwskim mieli okazję spotkać się w poniedziałek, 13 kwietnia. Nie udała się ta sztuka już w przypadku Romana Dmowskiego, pochłoniętego innymi obowiązkami. Długiej i ryzykownej podróży zwykłym pociągiem uniknęli dzięki życzliwości dowódcy Armii Polskiej we Francji, który wraz z pierwszym transportem ruszał do odrodzonej ojczyzny.

Gdyby nie Haller, kto wie jak długo bylibyśmy czekali na wyjazd. Dowiedziawszy się z ust Wojtka, że nam “rety” do domu, a Komitet dopiero za trzy tygodnie obiecuje bilety, natychmiast zaproponował, abyśmy z nim pojechali. Można sobie przedstawić, jak wielką była radość nasza! 15-go kwietnia miał być odjazd z Paryża. (…) Dzień 15-go wypadał na “Wielką środę”. Serce się nam krajało na myśl, że święta wielkanocne będziemy na pewno w kolei spędzali, aleśmy z największą wdzięcznością skorzystali ze zaproszenia gen. Hallera— wspominał ks. Machay.

 

WIELKA ŚRODA

Pociąg gen. Hallera odjeżdżał z dworca, Gare de la Villette. (…) Ludzi na dworcu było dużo, Polaków i Francuzów, no i rozumie się fotografów. Było ich ze dwa mędle. (…) Kiedy Haller przybył na dworzec, zaroiło się jeszcze bardziej od ludzi. (…) W kinach go mogli dosyć oglądać, ale to nie wystarczy, aż mi go nareszcie żal było! Bo co chwileczka, inny a inny fotograf stanął przed nim i już łoskotał maszyną. Co to za natrętne towarzystwo ci fotografowie a omal się nie pobili! Bo każdy inną firmę przedstawia, każdy by chciał dobrze zrobić. Wtedy to prof. Rouppert zaagitował jeszcze raz za Spiszem i Orawą. Wyprowadził na gwałt i Wojtka i Piotra z wagonu. Soczewka aparatu się zaraz ku nim skierowała. Największą część już znała naszych gazdów, fotografowali ich już w czasie przyjazdu.

ZOBACZ TAKŻE: Orawianie na ekranie francuskich kin

Po 17-ej pociąg ruszył. “Vive la Pologne”, “Niech żyje generał Haller” – brzmiało ze wszystkich stron. Fotografowie jeszcze raz się uwijali! Zdjęli i naszych gazdów wyglądających z okien.

Moment ten uchwycony został również na taśmach kroniki filmowej, która po stuleciu doczekała się koloryzacji w filmie “Niepodległość”:

Pociąg jechał bardzo pomału, aż nas to i gniewało. Prawda, było dużo wagonów naczepionych! Bo sobie znowu nie myślcie, że pociąg gien. Hallera, to fik-mik i już będzie w Warszawie. Jechał szybkością pociągów ciężarowych. Bo też i więcej wyglądał na ciężarowy.

 

WIELKI CZWARTEK

W pierwszym pełnym dniu podróży koleją gospodarskie usposobienie skłaniało naszych delegatów do bacznego obserwowania sposobu życia ludności francuskich miast i wsi, którym przyjrzeć się mogli zza szyb pociągu.

Człowiek z kolei nie może dobrze osądzić, ale wioskami francuskiemi nie jesteśmy zachwyceni. Mają coś wspólnego z włoskiemi, zwłaszcza w budownictwie. Prawie te same domy, murowane na piętro widać i na polach Francyi i Wenecyi.Tylko w rozmieszczeniu wielka różnica. Francuskie wioski są przeważnie w kupie, we Włoszech w prowincyi Wenecyi zaś domy roztrzęsione przy drodze, a nawet i po polu. (…) ale polski gospodarz coś zawsze może się nauczyć od zachodu — notował ks. Machay we wspomnieniach z podróży — Z francuskich miast, przez które przejeżdżaliśmy, nie widzieliśmy dużo, bośmy jechali nocną porą. Jedynie żywo nam w pamięci zostały piękne wieże na kościołach w mieście Toul.

 

WIELKI PIĄTEK

Broszura ks. F. Machaya relacjonująca wyjazd delegacji spisko-orawskiej na konferencję pokojową w Paryżu

Piotr, jako kościelny zaczął się martwić, kto tam w Rabczycach dziś ks. proboszczowi będzie pomagał. Bo do mszy wielkopiątkowej służyć, to nie taka łatwa rzecz. Ksiądz się łatwo pomyli, a cóż dopiero jakiś świeży niedoświadczony kościelny? (…) Wielki piątek był, modlić się trza było cały dzień, aleśmy ciągle oknem wyglądali. Wojtkowi się ta okolica nawet spodobała — to już refleksje z przejazdu przez nadgraniczną Alzację, region dopiero co odzyskany od pobitych na wojnie Niemców. Dalsza podróż przez kraj położony między Francją i Polską była okazją do refleksji nad historycznymi doświadczeniami, bieżącą polityką i życiem miejscowych. W atmosferze dalekiej od właściwego temu dnia wyciszenia, górale z Orawy i Spisza, choć pozbawieni możliwości udziału w liturgii, starali się pamiętać o zadumie nad Męką Chrystusa.

W mieście Cochem, gdzie pociąg dosyć długo stał, poznaliśmy się bliżej z Amerykanami, których zaraz paręset przyszło na dworzec, chcąc widzieć gien. Hallera. (…) Jako już wspomniałem jechało z nami dosyć dużo Francuzek (…), major Girault surową dał im naukę, że przy wojsku nie ma zabawy, że mogły przyjść jeść, kiedy był na to czas. I nic im nie dał. I wiecie wcale na tem źle nie wyszły. Bo Amerykanie, dowiedziawszy się o całem zajściu, na gwałt pędzili do swej kantyny i przywlekli dla Francuzek niesłychaną ilość rozmaitych czekolad, ciasteczek i cukierków. “A mogły ta zapościć, bo przecie Wielki piątek” – zauważył Piotr. Gazdowie w ogóle nie byli zadowoleni ze święcenia tego wielkiego dnia. We wagonach: śpiewali, gwizdali, mało kto pamiętał o Chrystusie. Dzień był ładny. Koło południa można było zauważyć po drogach dużo ludzi, ubranych odświętnie. Wracali z kościoła. Patrzyli na nas obojętnie.

 

WIELKA SOBOTA

Było już popołudniu we Wielką Sobotę. Duchem my zapędzili do domu. Piotr upiększał ołtarze na Zmartwychwstanie, Wojtek oglądał z wielką uciechą dzieci do kościoła się wybierające, ja też przyglądałem się domowym świątecznym kłopotem w Lipnicy. Okropnie się nam żal zrobiło, że na Zmartwychwstanie nie będziemy u siebie – wolni od Czechów.

ZOBACZ TAKŻE: Czeska okupacja wojskowa na Orawie w 1919 r.

 

WIELKA NIEDZIELA

Jechaliśmy już czwarty dzień. Nic więc dziwnego, że człowiek w nocy, chociaż nie było tak strasznie wygodnie i ciepło, twardo zaspał. Chrapaliśmy sobie bardzo wesoło, aż nam w niedzielę rano przed 3-cią nowe głosy przerwały słodki sen. Muzyka, krzyk, śpiew, hałas! Co się robi? Zapytał się Wojtek “Gdzieżmy to” dowiadywał się Piotr. “Nie słysycie” mówię do nich “co grają”? “W Polsce w naszej kochanej Polsce”! O Boże, a my se tak śpiemy – lamentował Wojtek. Jeszcze Polska nie zginęła – grała ciągle orkiestra dzielnych Poznańczyków na pierwszej stacji polskiej Kąkolewie. Dworzec wspaniale udekorowany sztandarami naszymi i koalicyjnymi ledwie widać kawałek dachu. “Pietrze Pietrku, złóżcie ten mundur, a ubierzmy się po swojemu” wołał Wojtek. Muszę bowiem zdradzić, że obaj gazdowie w czasie przejazdu przez Niemcy byli przebrani na Hallerczyków. Piotr piastował godność porucznika, Wojtek zaś wesołego szeregowca. Konfederatki im bardzo świeciły. Pozrzucali oni bardzo prędko wszelakie znaki żołnierskie, ubrali się w swoje czapki baranie i kożuchy i jazda na dworzec się cieszyć. Pociąg niestety nie długo bawił na tej przemiłej stacji. To przebudzenie zrobiło na nas gwałtowne wrażenie. Pociąg szedł dalej pomijając milczeniem mniejsze stacje, rozumie się wszystkie ozdobione — pisał ks. Machay, wyraźnie zachwycony wraz ze swoimi towarzyszami.

O siódmej godzinie rano w niedzielę wielkanocną przyjechaliśmy do Krotoszyna. Całe miasto na dworcu, nie wykluczając staruszków i małych dzieci. Ludzi opanował jakiś szał radości. Generał Haller na początku podróży wyraził życzeniem abym na Wielkanoc odprawił nabożeństwo a o święcone miał się kucharz starać. Poznańczycy przekreślili wszystkie nasze plany. W Krotoszynie czekały nas całe kosze święconego. Było nas przecie paruset, a święconego nie tylko nie zabrakło, ale nam jeszcze na drogę zapakowali. Francuzi nie mogli się napatrzeć. Aż mi ich żal było, bo panie ciągle przychodziły do nich z przekąskami i chcąc nie chcąc musieli jeść. Pociąg stał w Krotoszynie dosyć długo p można było i po dwie kawy lub herbaty wypić. Ja byłem w wielkim kłopocie. Wszystko jadło święcone, ja też miałem wielką ochotę coś przekąsić, alem się ciągle spodziewał, że gen. Haller każe nabożeństwo odprawić. Miałem atoli dobrych towarzyszy podróży. Piotr i Wojtek widząc jak mi na te rozmaite figle ślinka płynie, wzięli od pań i dla mnie sporo kawałków, abym sobie mógł po nabożeństwie zjeść. Czekałem więc spokojnie, co będzie w Ostrowie. Bo nam już wczas rano zdradzili, że urzędowe przyjęcie Hallera ze strony Poznańskiego będzie w Ostrowie i że tam będzie nabożeństwo. Tak było. Tu oczekiwała przybycia Hallera Rada Naczelnika z Poznania, witając do wszelkiemi słowami uznania, nie zapominając wspomnieć o wartości dzielnicy poznańskiej. Po przywitaniu poszliśmy wszyscy przed dworzec, gdzie cichą mszę odprawił zacny ks. patron Adamski. Krótkie, węzłowate kazanie o zmartwychwstającej Polsce zrobiło na wszystkich doniosłe wrażenie. Ledwie się nabożeństwo zakończyło, przyszedł do mnie Wojtek i szeptał mi: “A niechże idom coś przegryść, bo chyba już nie bedom mse świentej odprawiać”. – Już naprawdę nie było czasu, więc zjadłem i ja święcone smakołyki.

Świadectwem tego, że opowieść ks. Machaya nie została ukoloryzowana jest (nomen omen) koloryzowana kronika filmowa, na taśmie której zarejestrowano chwile gorących powitań, winszujące tłumy, święconkę i wielkoniedzielną mszę św. na stacji kolejowej:

Rozmawialiśmy jeszcze kilkanaście minut z drogimi Poznańczykami, aż pociąg ruszył. Była to odtąd tryumfalna podróż gen. Hallera. Po wszystkich stacyach szeregi oczekujących przyjazdu Hallerczyków. Był bardzo ładny wiosenny dzień. Świeżo poorane, zasiane i zasadzone zagony polskie wesoło kąpały się w promieniach wiosennego słońca. Wesoło nam mijały przed oczami wioski i miasteczka polskie. A dojechał pociąg na dworzec, oko się nie mogło nacieszyć przepięknymi strojami naszych kobiet i panien. Bo przecież wielkie święto było! Sama Wielkanoc!

ZOBACZ TAKŻE: Orawianie sprzed stu lat w kolorze

 

W tradycji polskich dążeń niepodległościowych Zmartwychwstanie Chrystusa łączono z nadzieją na odrodzenie się państwa polskiego, czego wyrazem były m.in. okolicznościowe pocztówki:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *