Opowieść Arturo Mariego dla Orawy

W lipcu 2016 r. w związku z odsłonięciem w Jabłonce pomnika św. Jana Pawła II, na Orawie gościł osobisty fotografik papieża Polaka. Przedstawiamy pełny zapis ze spotkania w Orawskim Centrum Kultury, podczas którego Arturo Marii opowiadał o papieskich relacjach z ludźmi cierpiącymi z powodu biedy, chorób czy wojen, oraz o swoich osobistych kontaktach z Ojcem Świętym.

Część I – Arturo Mari opowiada o Ojcu Świętym

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy mnie tutaj zaprosili: drogiemu wójtowi, całej Radzie Gminy, wszystkim wam, że mogłem tu dzisiaj przyjechać. Polecam to spotkanie Panu Bogu. 9 marca 1956 r. przybyłem do Watykanu, aby służyć aż siedmiu papieżom. Pracowałem tam przez pięćdziesiąt trzy lata, plus dwa. Dymisję złożyłem na ręce Benedykta XVI. Tylko dla św. Jana Pawła II zrobiłem ponad 6 milionów zdjęć. Wojtyłę poznałem w Watykanie poprzez Wyszyńskiego, jeszcze zanim został papieżem. Od tego dnia rozpoczęła się moja wielka przyjaźń z Wojtyłą aż do pontyfikatu Jana Pawła II.

Istniały cztery bardzo ważne punkty, dla których ludzie bardzo kochali papieża: dla jego ogromnej skromności, jego ogromnego poświęcenia, jego ogromnej dobroci, dlatego że w przez swoje cierpienie, przez krzyż, ofiarował całego siebie.

Chciałbym podkreślić, że powiem dzisiaj o rzeczach, które nigdy jeszcze nie były powiedziane w telewizji czy radiu. Powiem je tu dzisiaj po raz pierwszy. Chciałbym to bardzo mocno podkreślić.

Wielkim przeżyciem, jako wydarzenie historyczne, była dla mnie pierwsza pielgrzymka papieża do Polski. Pierwszego dnia gdy przyleciał, uklęknął na ziemi przed Pomnikiem Poległych.  I wtedy usłyszałem coś bardzo ważnego: „Boże mój, ile niewinnej krwi wylano tutaj na tej mojej polskiej ziemi. Ile niewinnych dzieci umarło na tej ziemi. Boże, czemu na to pozwoliłeś?” Podczas tej pierwszej wizyty był ktoś, kto wszystko mi tłumaczył, ponieważ nie rozumiałem wówczas jeszcze dobrze po polsku. Poznałem go przez te wszystkie rozmowy zanim był papieżem, ale tu właśnie wybuchła taka iskra. Zapraszam tutaj was wszystkich, żeby wysłuchać właśnie tą rozmowę, to kazanie o Ewangelii, które wówczas wygłosił. Teraz dokładnie tych słów nie pamiętam, ale powiedział wtedy: „Boże, dość! Wystarczy już tych zabitych, dość już tego życia! Dość już tego głodu. Ta ziemia zasługuje na wolność”.

 Zrobiłem to małe wprowadzenie, bo historia mówi nam właśnie o tym wszystkim co się wydarzyło.

Chcę nawiązać jeszcze do spotkania z Michaiłem Gorbaczowem. Myślę, że była to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie mogłem przeżyć. W pierwszej prywatnej rozmowie prezydent Gorbaczow zaczyna rozmowę z papieżem na temat wolności, szacunku dla człowieka, dla życia. Zaczyna się właśnie okres bardzo trudny i bardzo mocny. Papież odbywał wówczas spotkania z różnymi prezydentami, m.in. z Reaganem. Trzeba tu też powiedzieć o osobie kard. Wyszyńskiego – to mózg ponad normę jaki miał ten człowiek. Gdy mówi się o tak ważnych spotkaniach, w których uczestniczyło wiele osób, każdy z nas widzi to inaczej, każdy chciał wyciągnąć coś od każdej z tych osób, inaczej widział wszystko co było. Ja widzę to po swojemu.

I w tej rozmowie, Gorbaczow podniósł się i zwrócił się do Ojca Świętego: „Ojcze Święty…” Nawet będąc niewierzącym, będąc ateistą, ale tak powiedział do Ojca Świętego: „Ojcze Święty, dość! Ludzie umierają, dzieją się straszne rzeczy. Ojcze Święty, powiedz co robić, bo nie wiem. Ty nam powiedz, bo potrzebujemy pokoju na świecie. Papież odpowiedział na to pytanie: „Pokój, trzeba respektować życie”. Miesiąc po tej rozmowie upadł mur berliński. Dla mnie to był fakt, ale nie tylko dla mnie – dla całej żelaznej kurtyny. Nie tylko Polska, ale wszystkie inne kraje, które właśnie dzięki temu mogą oddychać, ludzie mogą cieszyć się życiem. To wszystko jemu zawdzięczamy.

Pierwszy raz przyjechałem do Polski w 1978 r., wtedy kiedy był wybrany Ojciec Święty. Przyjechałem tu żeby przygotować podróż papieża do Polski. W Watykanie nie wiedzieliśmy wtedy nic o Polsce, nie mieliśmy nawet jednego zdjęcia. Nie mieliśmy wtedy pojęcia jakim krajem jest Polska. Pamiętam dokładnie co wówczas tutaj zobaczyłem. Kolejki żeby kupić trochę cukru, trochę chleba, mięso. Ludzie nie mogli mówić co myślą, nie byli wolni. W mojej głowie zostało to wspomnienie jak dostałem poloneza. Mogłem zamykać okienko korbką. Dzisiaj po raz setny przyjechałem do Polski. I odczuwam, że to jest mój drugi dom z powodu szacunku jaki tutaj otrzymałem od Polaków.

Nie macie pojęcia jaką radość sprawia mi widzieć was tak zamożnych, dobrze ubranych, pięknych. Po drogach jeżdżą dzisiaj takie samochody jak Ferrari, BMW – najlepsze. Sprawia mi to ogromną radość. Trzeba tu powiedzieć ‘dziękuję’ jednej osobie: Janowi Pawłowi II. Ja was proszę tylko o jedno: nigdy o tym nie zapomnijcie! Nigdy o tym nie zapomnijcie! Wolność to wielka rzecz. Dziękuję. (brawa)

ZOBACZ TAKŻE: W Jabłonce odsłonięto pomnik św. Jana Pawła II

Teraz chciałbym wam opowiedzieć jaki był Ojciec Święty. Ta jego skromność, ta jego dobroć, to jego oddanie. Opowiem wam teraz o wizycie w Kongo (w Zairze). Przyjechaliśmy do stolicy państwa, Kinszasy. Pierwsza bardzo ważna wizyta odbyła się w pewnym bardzo wielkim szpitalu. Mówimy teraz o Afryce. Ojciec Święty wchodzi do szpitala do pierwszego oddziału i pochyla się nad pierwszym łóżkiem. Pochyla się nad małym dzieckiem, zaczyna rozmowę z jego rodzicami: jak żyją, jakie są warunki, pyta ich tak mniej więcej o wszystko, ile mają dzieci. Podchodzi do drugiego łóżka i patrzy na dziecko, które ma gdzieś dwa latka. Ogromne oczy, brzuch taki wielki, na buzi ma pełno much, chore na AIDS. Papież pochyla się i bierze na swoje ręce to dziecko. Jak ojciec. Bierze go na ręce i go tak huśta jak prawdziwy ojciec. Jak każdy ojciec, który miałby dziecko. To dziecko z zagubionymi, smutnymi oczami papież zaczyna głaskać po buzi, dotyka i nagle te smutne, zamknięte oczy otwierają się i widać ich dwoje – piękne i czarne. Robi mu tak palcem po brodzie aż w pewnym momencie dziecko zaczyna jakby ssać mu palec. I uśmiech tego dziecka. I taka piękna radość papieża. A obok niego stoi czarnoskóra matka. I ta matka obserwuje to dziecko na rękach papieża. Tutaj nieważne czy jest katoliczką czy nie, kim jest. Papież patrzy na tę kobietę, ona podchodzi i płacze. On przytula ją do swojego serca. Nie rozumiem co Ojciec Święty mówi, ale na jej ustach pojawia się uśmiech. I wtedy jak jej dzieci widzą, że nagle matka się uśmiecha, podbiegają. Ta matka miała pięcioro dzieci. Te wszystkie dzieci podbiegają do papieża i zaczynają się bawić, uśmiechać, bo nagle widzą, że ich matka, może po raz pierwszy od dłuższego już czasu, zaczyna się uśmiechać. Jej mąż zbliża się do nich i zaczynają rozmawiać. To była właśnie taka wielka bliskość papieża z tymi ludźmi. Chodzi o to, że papież dawał ludziom bardzo dużo dobra. Odbyło się to bez naświetlania tej sprawy, bez rozgłosu, reklamy.

Papież zaczynał wychodzić. Stały tam dwie czarnoskóre siostry zakonne. Były ubrane w kremowe szaty, które były całe spocone. Ojciec Święty zatrzymuje się obok nich, patrzy na nich i obserwuje. Uklęknął przed nimi, bierze ręce tych dwóch zakonnic i całuje je. Mówi: „Dziękuję, dziękuję wam w Imię Boga, ja wam błogosławię siostry”. Taki był Jan Paweł II. Papież, który klęka przed dwiema zakonnicami żeby im podziękować za ich ciężką pracę, za wszystko, za oddanie. Taki był Ojciec Święty. Dziękuję. (brawa)

Teraz chciałbym opowiedzieć o innym wyjeździe: do Seulu (na wyspę Sorokdo). Prezydent nie zgodził się żeby mogła odbyć się ta wizyta. W rozmowach uczestniczył kardynał Kim. W końcu prezydent dał pozwolenie żeby odbyła się ta wizyta, ale pod jednym warunkiem: może przyjechać, zatrzyma się w tym miejscu, może tylko pobłogosławić i nic więcej. Następnego dnia polecieliśmy na miejsce helikopterem. Po wylądowaniu, ze względu na moją pracę wychodzę pierwszy i czekam aż wyjdzie papież. Przed moimi oczami wielki namiot. Gdzieś 50 m². I jeszcze zanim wszedł papież, gdy znalazłem się w środku, zrobiłem tylko jeden gest: zasłoniłem rękami oczy. Była tam scena, na którą nie można było patrzeć. Ojciec Święty podchodzi do wejścia do tego namiotu. Zatrzymuje się, patrzy i upada na kolana.

Zaczyna się modlić, tak gdzieś przez siedem-osiem minut. Podnosi się i wchodzi. Podchodzi do tych osób. Kardynał Kim widzi całą tą sytuację. Zatrzymuje go i mówi, wiedząc o tym, że prezydent zabraniał żeby tam przyjeżdżał, tam wszedł. Łapie go za ramię i mówi: „Nie może Ojciec Święty tu wejść”. Ojciec Święty bardzo ostrym, mocnym gestem odrzuca ramię i mówi: „Proszę mnie zostawić. Moje miejsce jest tu, między ludźmi, nie obok nich!” Podchodzimy do pierwszej osoby. A to był namiot, w którym znajdowali się trędowaci. Nie wiem czy mieliście możliwość żeby zobaczyć człowieka trędowatego. Może na jakimś zdjęciu… Ja wam powiem. Taka osoba nie ma rąk, nie ma nosa – jest zjedzony, nie ma oczu. I cały wygląd tego człowieka… jemu skóra po prostu odchodzi od kości. To jest trędowaty. Ojciec Święty do każdego podchodził, całował ich, dotykał, głaskał, oddychał ich oddechem. Tak było z ośmiuset osobami. Nie z jedną. Podszedł do ośmiuset osób. I widać było, że gdy papież do każdej z tych osób podchodził, to te osoby podnosiły się, jakby chciały mu coś powiedzieć. Pomyślałem wtedy tylko o jednej rzeczy: „Jak czuje się ten człowiek – czy on czuje się jeszcze człowiekiem, żywym… Jak on się tak naprawdę czuje”. Taki był Jan Paweł II. Dziękuję. (brawa)

Opowiem wam także o wizycie Jana Pawła II w Japonii. Był w Hiroszimie i w Nagasaki. Na końcu tej ważnej wizyty, gdy wchodził do samochodu, zawrócił i powiedział: „Poproszę o protokół tego wszystkiego dobrego co robicie dla mnie. Mam do was jedną prośbę, proszę was abym mógł zobaczyć się z ludźmi, którzy przeżyli bombę atomową”. W jego głowie było jedno – żeby zobaczyć, być tam gdzie jest źle. Nie zastanawiał się nad innymi rzeczami, on ciągle myślał żeby komuś pomóc, zrobić to co do niego należy. Japończycy spełnili prośbę papieża: zawieźli go do miejsca, gdzie było jeszcze czterdzieści osób, którzy przeżyli wybuch atomowy. Było to bardzo trudne zobaczyć wszystkie te osoby, ich kondycję w jakiej się znaleźli, jak wyglądali. Ojciec Święty zatrzymał się, porozmawiał ze wszystkimi żeby im dodać otuchy. Bo co Ojciec Święty mógł zrobić w tym wypadku? Po prostu dał do zrozumienia, że ma ich w swoim sercu. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że chwile, które Ojciec Święty poświęcił tym ludziom, były to momenty złote, najlepsze. Mogłem zobaczyć na własne oczy, że wrócili jakby do życia, że na chwilę jakby powrócili przez obecność Jana Pawła II. Taki był Jan Paweł II. Dziękuję. (brawa)

Teraz chciałbym opowiedzieć o wizycie w Brazylii, w Rio de Janeiro. Była to wizyta w slumsach, największych jakie są na świecie. Na pewno wiecie jak wyglądają slumsy. Ci ludzie żyją często też w górach, w jakichś dziurach, nieraz jest to parę desek zbitych gwoźdźmi. Kwitnie tam przemoc, narkotyki, prostytucja, kradzież. Dziewczynki trzynastoletnie, które oczekują dziecka. Najgorszą rzeczą która tam występuje, jest to że dzieci sprzedawane są na kawałki, na organy. To jest realność życia w tamtejszych slumsach. Podczas tej wizyty, ze względów bezpieczeństwa, ochrona przygotowała takie miejsce, gdzie Ojciec Święty mógł przejść, ale papież, wiadomo, zrobił po swojemu. Pamiętacie jaki był Jan Paweł II. Gdy doszedł do miejsca gdzie było zagrodzone i gdzie nie mógł wejść, on wyrywa to i po prostu przechodzi do tych, powiedzmy że to są domy. Obserwuje, rozmawia z ludźmi, podnosi pokrywki co mieli tam w garnkach do jedzenia. Rozmawiał z tymi ludźmi o ich ciężkim życiu, że nie mają wody. Było to bardzo trudne. Na środku, na małym wzgórku, był taki mały kościółek, powiedzmy kapliczka: parę gwoździ, trochę drzewa… Papież zatrzymał się i patrzy wkoło na wszystko, jak to wszystko wygląda, jak to wszystko się ma. Były tam tylko trzy osoby: papież, proboszcz i ja. Patrząc mu w oczy widziałem, że on już coś ma w głowie. Patrzył na boki. Uwaga teraz na te słowa: bo wszyscy mówią że papież jest bogaty, że ma pieniądze. Teraz ja wam powiem ile naprawdę miał pieniędzy. Zawołał proboszcza: „Proszę tu podejść ojcze. Musi mi proboszcz pomóc”. Papież podnosi rękę, całuje swój sygnet i ściąga go. Uwaga na to zdanie: „To jest moje, i ja mogę”. Mówi: „Teraz może ojciec ten sygnet sprzedać, ale proszę powiedzieć, że to jest sygnet papieża, to dostanie proboszcz więcej pieniędzy”. Mówi: „Jak dostanie już proboszcz pieniądze, proszę dać wszystkim od najmniejszego do największego i powiedzieć, że to od papieża”. Można powiedzieć, że to były bogactwa Jana Pawła II. Dziękuję. (brawa)

Chciałbym teraz powiedzieć wam jakąś anegdotę, nie tylko te ciężkie sprawy, chwile dotyczące papieża. Chciałbym powiedzieć wam też coś innego żeby zrobiło wam się trochę weselej, żebyście się uśmiechnęli.

Wiecie wszyscy, że 18 maja są urodziny papieża. Niedzielami, w wolnym czasie, Ojciec Święty odwiedzał, gdy mógł, wszystkie parafie w Rzymie. Tamtego 18 maja był w kościele, oddalonym około dwadzieścia mil od Watykanu. Przywitali go tam wszyscy, wiadomo: proboszcze, księża, inni, którzy tam w parafii oczekiwali. Właśnie tak jak wczoraj nasz proboszcz kard. Dziwisza. A więc papież wszedł do kościółka i zaczął, tak jak miał w zwyczaju, dotykać i błogosławić osoby, które tam stały. Zaczął pytać matki jak tam dzieci, mąż, jak szkoła.

W pewnym momencie byliśmy już prawie w połowie tego kościoła.  Fotografując obecnych tam Włochów, nagle dostałem silne uderzenie w nogę. Dziesięcioletni chłopczyk podchodzi do papieża i mówi: „Cześć! Jak się masz?” Papież patrzy na niego i odpowiada: „Dziękuję, mam się dobrze”. Chłopiec: „Widzisz co zrobiłem ochronie? Przeszedłem między nogami i przyszedłem aż do ciebie. Jaki jestem inteligentny?” Ojciec Święty mówi: „Nie robi się takich rzeczy, to trochę nieładnie”. A on: „Popatrz jaki jestem przebiegły. Wiesz, ja tak naprawdę to uciekłem z domu”. „Jak to?” – pyta papież. „Tak uciekłem z domu”. „Dlaczego?”. Chłopczyk pyta papieża: „Znasz kobiety czy nie?”. „Tak, tak, znam je”. Chłopiec: „Wiesz jakie są kobiety, moja mama już od dwóch godzin stroi się, maluje, robi wszystko, by ładnie wyglądać, bo dziś są twoje urodziny. Nie mogłem się doczekać, no to uciekłem sam z domu”. Ojciec Święty mówi: „To teraz mama się przejmuje”. A chłopczyk: „Nie, ona jest już przyzwyczajona do takich rzeczy”. Wkłada rękę do kieszeni, wyciągnął z niej mały cukierek, zaciska ręce, otwiera dłoń i daje papieżowi i mówi: „Ja jestem mały, biedny, ale przyniosłem ci ten cukierek”. Ojciec Święty bierze ten cukierek, przyciąga do serca i całuje. W tym momencie Jan Paweł II używa takiego bardzo prostego powiedzenia. I ten chłopczyk powiedział jeszcze, że on go daje od serca. Papież odpowiedział, że on nie zasługuje na to, to było dla niego za wiele. Dziękuję. (brawa)

Część II – pytania i odpowiedzi

Moje pytanie dotyczy właśnie tego spotkania o którym pan mówił. Te historie, które pan opowiada, jak powiedział pan na początku, nie są udokumentowane medialnie. Czy pan je uwiecznił na swoich fotografiach? Czy te historie są sfotografowane, te sytuacje, ci ludzie?

Tak zrobiłem wtedy zdjęcia, wszystko jest udokumentowane. Takie rzeczy nie są organizowane. Bo na przykład w Afryce jak Ojciec Święty całował ręce sióstr zakonnych, nie było wtedy tam telewizji, to są takie momenty, kiedy po prostu byłem tam i zrobiłem zdjęcia. Ale to są takie rzeczy, które telewizja nie wie, bo jej tam nie było. To są takie chwile, które nagle się zdarzają i po prostu ciężko żeby telewizja była wszędzie.

Najbardziej przemawiają te zdjęcia jak papież jest taki zanurzony w modlitwie. Tam jest chyba takie zdjęcie, na którym papież obejmując krzyż tak jakby obejmował cały świat. Pan już zresztą w swojej książce mówi o tym, że to zdjęcie jest najważniejsze. A ja chciałbym zapytać, czy był taki moment, czy był jakiś taki obraz, czego pan nie uwiecznił na fotografii, zachował go pan dla siebie i ten obraz ma pan przed oczami? Albo jaki obraz dla pana jest najważniejszy, nie zdjęcie, tylko jaki obraz dla pana jest najważniejszy tego naszego świętego Papieża. Czy tego papieża modlącego się, czy tego radosnego, czy tego papieża, który tak naprawdę nie bał się niczego, był otwarty, dobry dla wszystkich.

Gdyby pojechał pan do Watykanu, to zobaczyłby pan, że zrobiłem tylko trzy-cztery zdjęcia jak Ojciec Święty się modli, ponieważ dla mnie istnieje jedna wielka rzecz: szacunek. Tak naprawdę Ojciec Święty był dla mnie jak ojciec, jak tata. Dla niego ja byłem jak syn. Przyjaźniliśmy się bardzo, ale Ojciec Święty był zawsze Ojcem Świętym, a ja byłem Arturo. Zawsze wiedziałem, że kiedy on się modli i rozmawia z Bogiem musiałem wyjść, to nie było moje miejsce. Nie mogłem nigdy mu w tym momencie przeszkadzać.

Wspominał pan o tych ludziach schorowanych, trędowatych. Każdy człowiek nawet gdyby wykonywał swoją pracę, wchodząc do takiego pomieszczenia odczuwałby, ja wiem, troszkę, nie chodzi o to że wstręt, tylko strach, że ja się mogę zarazić. Było coś takiego, że czuliście się niebezpiecznie?

Nie, nigdy. Człowiek jak jedzie w takie miejsca wie gdzie jedzie i co może się wydarzyć. Mogę panu powiedzieć, przez to co widziałem na własne oczy i osobiście usłyszałem, że Ojciec Święty był już świętym za życia. Czy ja, czy też ochrona, gdy jechaliśmy w te miejsca, to zdawaliśmy sobie sprawę co nas czeka, że są różne choroby, że możemy się zarazić, ale nigdy nie mieliśmy żadnego z tym problemu. Zgadzaliśmy się na to jak to wygląda, nigdy nie baliśmy się.

Czy zdarza się panu, że Ojciec Święty przychodzi i mówi: „Siadaj Arturo pogadamy? A Teraz? Albo jak często tak się zdarza, że czuć tą jego obecność, że przychodzi i siada obok pana. Tzn. Czy codziennie ta obecność jest odczuwana, czy czasem jest takie wrażenie, że ktoś przychodzi…

Tak, czuję na co dzień jego obecność. Jeżeli przyjedzie pan do Rzymu, to pozna pan tylko dwie osoby, które nigdy nie idą do papieża na jego grób. Jedną z nich jestem ja. Nie mam potrzeby żeby iść na jego grób. Ja czuję go zawsze, że jest blisko mnie, szczególnie wieczorem czuję go, że stoi za moimi plecami. Jeśli mamy jeszcze czas, to chciałbym opowiedzieć pewne bardzo osobiste zdarzenie…

Chodzi o ciężką pracę, którą wykonałem przez te wszystkie lata. Doszło do tego, że mój kręgosłup w pewnym miejscu po prostu się popsuł. Doszło do tego, że byłem operowany w Stanach Zjednoczonych w Minnesocie. Dość duży kawałem kręgosłupa mam teraz jakby połatany. Przed samą operacją wezwali moją żonę aby tam przyjechała i dwóch księży żeby byli obecni, bo nie wiadomo było jak ta operacja może się skończyć. W ekipie, która miała mnie operować, był też lekarz z Brazylii. Rano przed samym zabiegiem, gdy wjechałem na salę operacyjną, lekarz zapytał mnie: „Arturo, czy nie chciałbyś może zostać na chwilę sam, czy nie masz takiej potrzeby?” Odpowiedziałem: „Dziękuję”. Patrząc w sufit zwróciłem się do papieża moim dialektem po rzymsku, tak jak mówię na co dzień. Było to niewiele słów. Powiedziałem tak jak mówią po rzymsku: „Jasiu, widzisz, jestem spokojny, uśmiechnięty. Jak wszystko ma iść dobrze ja wejdę uśmiechnięty i wyjdę tak jak teraz się uśmiecham. Jeżeli sprawy miałyby iść źle, niech wejdę już uśpiony. Pozwól mi już tak spać, nic się nie stanie. Będę mówić tylko przez tydzień, że „O, biedny Arturo! O, biedny Arturo! Jeden tydzień jest jak jeden dzień”. Po siedmiu godzinach operacji zawieźli mnie do pokoju. Gdy tam wjechaliśmy, moja żona zbliża się i uśmiecha się do mnie. Zapytałem ją: „Dlaczego poperfumowałaś ten pokój dezodorantem, czemu to zrobiłaś?”, bo czułem w tej sali zapach dezodorantu. Ona odpowiada: „Nie, ja tu nic nie rozlałam, żadnego dezodorantu”. Mówię do ojca Michaela: „Może wy coś tutaj robiliście?” A on odpowiada: „Nie, absolutnie! Nie, Arturo.” Zawołali dziewczynę z obsługi, która zajmowała się jego pokojem, która oczywiście miała do niego klucze i zapytali ją czy ona coś tutaj rozlała, jakiś dezodorant. Ona mówi: „Absolutnie nie, ja zamknęłam pokój i wyszłam. Zamknęłam pokój dla bezpieczeństwa i nikt nie wchodził tutaj przez te wszystkie godziny, absolutnie”. Wtedy zawołałem moją żonę i mówię: „Widzisz, to jest zapach, który ja czułem przez dwadzieścia siedem lat, to jest zapach Ojca Świętego”. Dziękuję. (brawa)

Był pan bacznym obserwatorem bardzo wielu spotkań. Ojciec Święty, myślę, odbył kilkaset spotkań o wielkim ciężarze. I religijnym, ale również o takim ciężarze politycznym spotykając się z najwybitniejszymi, z najbardziej znanymi politykami na świecie. I chciałbym zapytać, które z tych spotkań w pana ocenie, jako dyskretnego obserwatora, było najtrudniejsze?

Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że Ojciec Święty powiedział „Nie lękajcie się”. Najtrudniejsze spotkanie miało miejsce Chartumie z prezydentem Sudanu.  To spotkanie było najtrudniejsze, ale trzeba zapamiętać to, co mówił zawsze papież: „Nie lękajcie się”. I to było zawsze jego motto. Dlatego żadne spotkanie nie było dla niego trudne. Nawet teraz możecie zobaczyć w telewizji, że północ muzułmanów jest przeciwko katolikom z południa. W takich przypadkach, podczas wizyt papieża, w trakcie prywatnych rozmów, ochrona ma wielki problem. Przez przypadek zostałem zamknięty w studio, gdzie było spotkanie i musiałem schować się za zasłonę. Scena była taka jak tutaj. Na kanapie usiedli: Ojciec Święty pośrodku, po lewej stronie ksiądz, który był tłumaczem i po prawe stronie prezydent. Ojciec Święty mówi do niego w ten sposób, i wyobraźcie sobie być tam w tym momencie. „Drogi prezydencie, pan nie jest ojcem dla tego narodu, pan jest przestępcą, pan jest mordercą. Pan dał broń do rąk ludziom z północy żeby zabijali ludzi na południu. Żeby zabijali miliony kobiet, dzieci, bez żadnej winy. Mówić do pana ‘przestępca’ to jest za mało”. Prezydent był wściekły, była to bardzo trudna sytuacja. Ja tylko pomyślałem „Boże, jak to się skończy?” O niczym innym nie myślałem. Prezydent nie powiedział do Jana Pawła II ‘Ojcze Święty’, czy ‘papieżu’. Mówi: „Wielmożny panie, pan jest źle poinformowany!”. Ojciec Święty wyskakuje z siedzenia i mówi: „Cały świat wie kim pan jest, jakim pan jest przestępcą! Cały świat wie! Ja jestem tu po to, żeby właśnie powiedzieć to panu, jakim pan jest okropnym człowiekiem. Tylko taki przestępca jak pan może mieć takie rezultaty. Bóg kiedyś pana rozliczy z tego wszystkiego co pan dzisiaj robi dla tych ludzi! Nie ja, lecz Bóg!”. Już miesiąc po tym spotkaniu z papieżem ta osoba, która żyje po dzień dzisiejszy, została aresztowana za popełnione przestępstwa. Dwadzieścia pięć lat temu Jan Paweł II miał odwagę powiedzieć mu prosto w oczy, że jest kryminalistą. Dziękuję. (brawa)

Czy było takie wydarzenie w tak długiej współpracy z naszym Ojcem Świętym, które wryło się w pamięć, tak bardzo złapało za serce, jakieś takie wydarzenie które można wspominać?

To było dwadzieścia siedem przepięknych lat. Na przykład papież mówił tylko trzy razy w życiu z moją żoną i nigdy nie dowiedziałem się, o czym rozmawiali i co jej powiedział. (śmiech i oklaski)

Na przykład, kiedy mój jedyny syn powiedział: „Cześć tato, idę do seminarium!” Ojciec Święty właśnie wszystko mi wytłumaczył, co znaczy być ojcem księdza, jak mam postępować, jak z nim rozmawiać. Najgorszy i zarazem najpiękniejszy moment miał miejsce osiem godzin przed śmiercią papieża, kiedy z nim rozmawiałem. Ojciec Stanisław zadzwonił i mówi żebym przyszedł natychmiast. Byłem wtedy w biurze. Wszedłem do apartamentu i pytam o. Stanisława „Stasiu, co się stało?” On mówi: „Chodź tu”. Wszedłem na korytarz i wtedy zrozumiałem dlaczego tutaj jestem. Wiedziałem że ten korytarz prowadzi do pokoju papieża. Żeby wam powiedzieć jakie miał łóżko… Jedno miejsce i pół, ale nic tam więcej nie było, klęcznik, żeby wam powiedzieć, bardzo skromne łóżko. Leżał na lewym boku i nie miał przypiętych żadnych maszyn, nie było tam nic. To wszystko nieprawda, co gazety o tym mówiły, że był podłączony do maszyn. Miał tylko maskę do oddychania, ale była położona z boku. O. Stanisław w tym momencie powiedział: „Ojcze Święty, Arturo jest tutaj”. Ten moment był dla mnie traumą. Odwrócił się bardzo wolno na drugi bok, uśmiechnięty, z otwartymi dużymi oczami. Od miesięcy nie było widać tej jego twarzy takiej uśmiechniętej, tak zawsze z dużymi oczami, pogodnej. Padłem na kolana. On od razu jak upadłem zaczął mnie głaskać, dotykać.  Przez dłuższy czas głaskał mnie po twarzy, dotykał. Cieniutkim głosem powiedział do mnie: „Arturo, dziękuję, dziękuję”. I odwrócił się z powrotem na drugi bok. (bardzo wzruszony Arturo Mari, długie brawa)

Podczas spotkania tłumaczyła Maria Madej/Spisał i zredagował Andrzej Habina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *