Marsz, marsz, Dąbrowski

Tym, który w listopadzie 1918 r. na prośbę Orawian przyprowadził do Jabłonki polskich żołnierzy był por. Tadeusz Dąbrowski – nomen omen – miano jest znakiem, i to takim, który nie mógł być lepszy, bo przecież od razu gra skojarzenie z Mazurkiem Dąbrowskiego.

5 listopada 1918 r. po przyjęciu przez zgromadzenie obywatelskie w Jabłonce rezolucji z żądaniem przyłączenia do „wszystkich polskich ziem w żupaństwach: trenczyńskiem, orawskiem i spiskiem do wielkiej, katolickiej Polski”, por. Tadeusz Dąbrowski jako pierwszy przyjmował te postulaty od członków delegacji zmierzającej do Nowego Targu. Telefonicznie skontaktował ich z przedstawicielstwem odradzającego się państwa w stolicy Podhala. W ten sposób zaczęła się historia niebagatelnej roli Czarnego Dunajca, jako ośrodka wspierającego dążenia Orawian do Polski.

Dyplom prawniczy Tadeusza Dąbrowskiego uzyskany na Uniwersytecie Jagiellońskim

Okazuje się, że ten, za którego przewodem Orawianie mieli złączyć się z narodem, pochodził z Tarnowa. Urodził się 27 września 1881 r. Jego starszym bratem był Marian Dąbrowski, polski potentat prasowy okresu międzywojennego, m.in. założyciel słynnego „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Tadeusz uczył się w krakowskim Gimnazjum św. Anny, jak w latach 1818-1928 nazywał się słynny krakowski Nowodworek. Potem studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po odbyciu wszelkich zawodowych praktyk, w przededniu wybuchu I wojny światowej otworzył własną działalność adwokacką w Czarnym Dunajcu, gdzie wspólnie z żoną doczekał się trzeciej córki. Za cudzą sprawę kazano mu walczyć na froncie rosyjskim, na Bukowinie i we włoskich Alpach. U końca wojny podjął się formowania polskiego wojska w Czarnym Dunajcu, skąd poprowadził wojskową ekspedycję na Orawę.

Prośba Orawian uprawniła decyzje prezesa Organizacji Narodowej w Nowym Targu, Jana Bednarskiego. Za jego poruczeniem Mariusz Zaruski kierujący powiatowymi zalążkami polskiego wojska wydał rozkaz wymarszu za dawną granicę galicyjsko-węgierską. Obok plutonu Dąbrowskiego był jeszcze drugi oddział pod dowództwem por. Jerzego Lgockiego, który od strony Chochołowa zajmował Suchą Górę i Głodówkę – tamci zostali utrwaleni we wspomnieniach Stefana Żeromskiego, który w tym czasie był Prezydentem Rzeczypospolitej Zakopiańskiej i po latach opowiadał o epizodzie akcji wojskowej w ramach góralskiej inicjatywy niepodległościowej. „Powierzono [mi] niemal «dyktaturę» nad Zakopanem i przyległymi dolinkami. Sprawowałem ten zapomniany, śmieszny i wzniosły urząd przez jedenaście dni, gdy mama Austria waliła się w gruzy. Zaprzysiągłem uroczyście wojsko, policję, szpiclów, gminę, pocztę i telegraf na wierność nowemu Państwu, a nawet prowadziłem wojnę o odzyskanie wsi Głodówki i Sucha Góra od inwazji czeskiej. Mile wspominam te moje przewagi wojenne i dyktatorskie, gdyż zawierają morze wesela” – wspominał pisarz.

 

Pieśń Legionów Polskich we Włoszech na granicy orawsko-podhalańskiej

Podobnej opowieści zabrakło w przypadku Dąbrowskiego. Wtedy pewnie każdy doskonale rozpoznawał samo imię i nazwisko, ale po latach pojawił się problem z odpowiedzią na pytanie kim dokładnie był ten, który mijał powalone węgierskie słupy graniczne i kogo aż trzykrotnie witano z entuzjazmem.

Komitet powitalny ustawił się już w borach między Orawą a Podhalem w Baligówce. „(…) ciągle nie wiedzieliśmy, kto przyjedzie. Dopiero jak przybyła z Jabłonki milicja w kilkunastu chłopa z plut. Janem Sikorą na czele, wtedy sprawa się wyjaśniła. (…) Czekaliśmy dość długo, no i nareszcie przybyła kompania wojska pod komendą [Tadeusza] Dąbrowskiego, byłego adwokata z Cz. Dunajca. Jak kompania podeszła ku granicy, milicja powitała ją salwą karabinową. Następnie oddali salwę Poliacy. Potem odśpiewali Jeszcze Polska i już wszyscy razem udaliśmy się do Piekielnika, śpiewając po drodze góralskie pieśni” – wspominał po latach mieszkaniec Piekielnika, Jan Kąś.

„Gdy komitet narodowy i oddział polskiego wojska wkroczył do Piekielnika, całą wieś wylęgła na powitanie. Olbrzymi tłum, liczący około tysiąca ludzi, zgromadził się na wiec, który jednomyślnie, wśród radosnych okrzyków uchwalił przyłączyć się do Polski” – o czym przeczytać można było 11 listopada 1918 r. w dzienniku „Ziemia Lubelska”.

Radości ogółu mieszkańców Orawy nie podzielał węgierski urzędnik, który ostał się jeszcze na miejscu mimo przepędzenia przed trzema dniami innych przedstawicieli administracji upadającej monarchii.

Wycinek z dziennika “Ziemia Lubelska” z 11 listopada 1918 r. informujący o wkroczeniu polskich żołnierzy na Orawę

„W Piekielniku na szkole powiewała już flaga Polska. Sprowadzono notara, żeby przywitał Polaków. No chociaż ze strachem, ale przyszedł. Por. Dąbrowski, który już wiedział o jego wrogim stosunku do Polaków, udzielił mu publicznej nagany i wezwał do lojalności. Wtedy on zaczął się usprawiedliwiać, ale już po polsku, że jako z Jabłonki rodem nic nie ma przeciwko Polakom, że owszem niech – żyje Polska. Ale zaraz spakował manatki i boczniemi drogami udał się do Jabłonki, a później na Słowację” – tak piekielniczanin opisywał drugi etap powitania, ale najważniejsze miało wydarzyć się dopiero w centralnej miejscowości regionu.

„Jabłonka w dzień 6 listopada robiła wrażenie jakiejś wielkiej stolicy światowej. Pełno ludzi po drodze, wszystko zaciekawiona patrzy w stronę Czarnego Dunajca, czy już nie jadą. Ludziom się zdawało, że cały świat o niczem nie myśli i nie mówi, jak tylko o naszej pracy, aby się do Polski dostać” – wspominał ks. Ferdynand Machay. W prasie pisano o obecności ponad 3 tys. Orawian. „Gdy się nareszcie wojsko zjawiło w Jabłonce i zaczęliśmy przed domem Piekarczyka do zebranego tłumu przemawiać, naszym gazdom głównie podobały się zdania o końcu madziarskiej administracji, o ustaniu szykan notarów i żandarmów madziarskich. Owszem, krzyczeli wszyscy, że są Polakami, przysięgali uroczyście na wierność Polsce, lecz główną przyczyną radości naszych ludzi było poczucie wolności od madziarskich prześladowań. (…) Grzmiąca, jak tysiąc piorunów przysięga na wieczystą wierność Polsce udowodniła każdemu, że w sercach ludzkich istnieje przecież przywiązanie i miłość do swojej narodowości, która się przy takich wstrząśnieniach politycznych, jakie były w jesieni 1918, rozbudzi i powstanie do śmiałych czynów” – opisywał szerzej przyjęcie żołnierzy por Dąbrowskiego ks. Machay.

 

Rokowania w Chyżnem

Wielu wówczas wierzyło, że obecność wojska na Orawie przypieczętuje przynależność tej ziemi do Polski. Rzeczywistość wykazała, że jest to materia bardziej skomplikowana. Już u końca roku wojska czeskie zamierzały zająć całą Orawę. Rozładowaniu napięcia służyć miały zawarte w ostatnich dniach 1918 r. porozumienia polsko-czechosłowackie dotyczące tymczasowego rozgraniczenia opartego na aktualnym stanie posiadania obu stron. 24 grudnia umowa w sprawie zawieszenia broni i wojskowej linii demarkacyjnej podpisana została w Popradzie, a tydzień później, tj. 31 grudnia, podobne rokowania odbyły się w Chyżnem. Podczas konferencji prowadzonej u tymczasowego pocztmistrza por. Tadeusz Dąbrowski był jednym z przedstawicieli strony polskiej.

Por. Tadeusz Dąbrowski (na zdjęciu drugi z lewej) uczestniczył 31 grudnia w konferencji w Chyżnem, podczas której ustalono tymczasowe rozgraniczenie między Polską a Czechami.

Nawet te ustalenia, które ks. Machay nazywał „niebezpiecznym kompromisem”, w ciągu dwóch tygodni zostały przez Czechów złamane, a polscy żołnierze na skutek dyplomatycznej intrygi musieli się z Orawy wycofać. Wrócić a Orawę mogli dopiero po rozgraniczeniu w 1920 r.

 

W armii i poza jej szeregami

Zdjęcie przedstawia “członków komisji sądowo-lekarskiej przed posterunkiem policji w Czarnym Dunajcu w 1931 roku”. Jeden z obecnych wydaje się przypominać adwokata Tadeusza Dąbrowskiego. Dotarcie do informacji o tej komisji może to potwierdzić lub wykluczyć. Fot NAC

W lutym 1919 r. por. Dąbrowski wystąpił z wojska i wrócił do prowadzenia kancelarii adwokackiej, w której funkcję jego zastępcy pełnił Władysław Kołodziejczyk. Wiosną 1920 r. obaj zostali wezwani do służby wojskowej w Korpusie Sądowym podczas decydującego starcia z nacierającymi na Polskę bolszewikami. Od służby tej Dąbrowski skutecznie został wyreklamowany przez społeczność czarnodunajecką, dla której pracował jako radny gminny i syndyk w Towarzystwie Zaliczkowym, dla których świadczył darmowe usługi prawne. Udzielał się również przy składnicy Kółek Rolniczych, które poprzez dysponowaniem produktami zaopatrzeniowymi wspierały działalność komitetu plebiscytowego dla Orawy i Spisza, którego Dąbrowski rónież był członkiem.

W okresie międzywojennym adwokat mógł znów poświęcić się swojej profesji. Ciesząc się zaufaniem mieszkańców regionu zapewne nie narzekał na brak zajęć przy sądzie działającym w Czarnym Dunajcu.

 

W rękach niemieckich oprawców

Wiadomo, że swoją kancelarię zdołał utrzymać w pierwszych latach niemieckiej okupacji. Od 1940 jako aplikant pracował u niego Józef Stoch – potem współpracownik i następca w prowadzeniu kancelarii po aresztowaniu Dąbrowskiego przez Niemców.

27 maja 1942 r. trafił do Auschwitz. Tam nadano mu numer więźniarski 37141 i wykonano ostatnie zdjęcie. Po przeszło trzech miesiącach w „fabryce śmierci”, zginął 7 września 1942 r. – trzy tygodnie przed 61. urodzinami.

Z rąk Niemców zginął też dowódca drugiego oddziału, który wkraczał na Orawę w listopadzie 1918 r. Por. Jerzy Lgocki z Łopusznej od 1944 r. więziony na Pawiaku, w KL Stutthof i KL Neuengamme, gdzie zmarł 25 stycznia 1945 r.

Jeden z pierwszych i należący do tych łagodniejszych przykład poniżenia więźnia w niemieckich rękach. Człowiek przebrany w więzienne łachmany, oznaczony numerem, ustawiany do zdjęcia w pozycjach zarezerwowanych w normalnych warunkach dla przestępców.

 

 

Łukasz Wiater

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *