Ks. Jan Zieja i idee Piotra Borowego

Kapelan na wojnie polsko-bolszewickiej, uczestnik konspiracji w czasie II wojny światowej, powstaniec warszawski, opiekun duchowy Polaków na robotach w Rzeszy, działacz opozycji w PRL, oraz animator życia społeczno-religijnego przed i po wojnie – w tak bogatym życiorysie ks. Jana Ziei znalazło się też miejsce na wątek orawski.

Trudno stwierdzić gdzie rozpoczęła się ich znajomość. Może poznali się w ramach działalności w Akcji Katolickiej. Czy ks. Jan Zieja kiedykolwiek sam spotkał Piotra Borowego, czy znał go jedynie z opowiadań ks. Ferdynanda Machaya? pewne jest to, że postać Apostoła Orawy mocno go fascynowała, a znajomość z jego promotorem przeniosła się na grunt, jakiego obaj kapłani nie mogli przewidzieć.

 

Spotkanie z Orawą

Ks. Jan Zieja, wykładowca katechetyki W Wyższym Seminarium Duchownym w Pińsku był gościem części obchodów 25-lecia kapłaństwa ks. Machaya, które 4 lipca 1937 r. odbywały się Lipnicy Wielkiej. Był wówczas Jubileuszowym kaznodzieją. Zachowało się kilka fotografii z tej uroczystości, wykonane m.in nad grobem Piotra Borowego oraz przy tablicy jego pamięci na ścianie lipnickiego kościoła.

Po tym wydarzeniu, zostając kapelanem ss. urszulanek w Mołodowie k. Drohiczyna Poleskiego (obecnie na Białorusi) ks. Zieja założył Towarzystwo im. Piotra Borowego, którego zadaniem było prowadzenie pracy oświatowo-wychowawczej opartej na ideałach patrona z Orawy. Statut zatwierdzony przez władze samorządowe pozwalał na prowadzenie działalności na terenie województwa poleskiego, białostockiego i warszawskiego. Kapłan rozwinął Niedzielny Uniwersytet Ludowy i kurs gimnazjalny dla miejscowej młodzieży. Zdobył nawet plac w środku wsi, przygotował plany i zaczął zwozić materiały budowlane na okazałą siedzibę ludowej uczelni. Przejawem działalności Towarzystwa było też wydawnictwo, które rozpowszechniało druki o tematyce religijnej.

Świetny rozwój tej działalności został przerwany w 1939 r. przez najazd na Polskę dwóch totalitaryzmów: niemieckiego i sowieckiego. Ks. Zieja dostał przydział mobilizacyjny do wojska. Jednak oblicze II wojny światowej okazało się daleko inne od tego czego mógł doświadczyć jako kapelan w czasie wojny polsko-bolszewikiej w 1920 r.

Po klęsce wrześniowej przeszedł do konspiracji. To właśnie on przyjmował przysięgę od Witolda Pileckiego wchodzącego w szeregi Tajnej Armii Polskiej. Kapłańską posługę świadczył przy Armii Krajowej, Szarych Szeregach i Batalionach Chłopskich. Współpracował z Frontem Odrodzenia Polski oraz Radą Pomocy Żydom „Żegota”. W końcu uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, w czasie którego dostał się do niewoli niemieckiej i trafił do obozu przejściowego w Puszkowie. Udało mu się uciec i przedostać do Krakowa, gdzie jego życiowe drogi znów skrzyżowały się z przyjacielem z Orawy…

 

Pod opieką prezbitera

Na łamach książki W Polsce Podziemnej. Wybrane pisma dotyczące lat 1939-1944”, Zofii Kossak znaleźć można jej wspomnienie na temat położenia ludności uchodźczej z powojennej stolicy, jej trosk i opieki roztaczanej w Krakowie przez uczestnika popowstaniowej tułaczki ks. Jana Zieji oraz ks. Ferdynanda Machaya:

Po okupacji niemieckiej Kraków padł ofiarą okupacji warszawskiej. Wysiedleńcy zajmowali wszystkie kąty, koczowali pod odkrytym niebem. Byli to wszystko nędzarze nie posiadający nic, nic w sensie materialnym, ale nędzarze hardzi, pełni dumy, świadomi, iż był okres, gdy byli nadludźmi.

W ciągu dwóch miesięcy powstania oderwali się od spraw materialnych tak bardzo, że drobna zabiegliwość normalnego życia wydawała im się śmieszną. I choć krakowianie dawali wzruszające przykłady ofiarności, życzliwości, bratniej pomocy, krótkie spięcia następowały co chwila. “Jakby mieli za złe, że nasze miasto nic zostało spalone” – narzekali krakowianie.

Owe nieustanne starcia byłyby znacznie groźniejsze, gdyby pośród wysiedleńców nie znajdował się ks. Zieja. On rozumiał warszawiaków. On umiał przemówić do nich, rozładować naprężenie, uciszyć tęsknotę i gorycz, ustawić rzeczy we właściwym miejscu. Toteż jakże go kochano!

A film historii rozwijał się dalej. Jedna za drugą następowały coraz straszliwsze sekwencje. Wschód zalał Polskę, przewalił się przez nią i ruszył dalej na zachód.

W owym czasie ks. Jan Zieja, głodny duszpasterz głodnych wysiedleńców, zrobił “karierę”. Mianowicie:

Proboszczem u Panny Maryi był w owe dni znany całej Polsce ks. Machay, nieugięty obrońca praw do Spisza i Orawy czasu pierwszej wojny światowej, wspaniały człowiek o typie ludowego trybuna i gromkiej wymowie. Piastował nie lada stanowisko. Proboszcz od Panny Maryi nie jest jako inni proboszczowie. To potentat. Nosi tytuł prezbitera, jest drugim nieoficjalnym biskupem w Krakowie. Metropolita – Wawel, prezbiter – kościół Mariacki. Dwie potęgi. (Kto nie wierzy, niechaj wspomni stary, przedwojenny spór o “wikarówkę”).

Wyniesiony na te szczyty ks. Machay potrzebował zastępcy i wybór jego padł na ks. Zieję, ku przerażonemu zdumieniu wyróżnionego, a entuzjazmowi wysiedleńców. Z godziny na godzinę obdarty ksiądz Jan został personą o zabezpieczonym bycie, stosunkach, możliwościach… Warszawiakom serca rosły. Chodzono tłumnie do Panny Maryi na jego Mszę, patrząc z radością, gdy szedł od zakrystii ku ołtarzowi. Na nowej sutannie alba z cudnym haftem, na niej bezcenny złotolity ornat. Przed celebransem pacholęta w komżach, za nim służba kościelna w długich uroczystych opończach. Cały splendor liturgiczny przepięknej świątyni.

Przy ołtarzu ksiądz Jan, jak zwykle, przestawał być sobą. Żył Bogiem, oddychał w Bogu, trzymał w dłoniach Boga. Po skończonym nabożeństwie zdawał się zafrasowany. Znikał jego promienisty uśmiech. Sądzono, że mu dokucza niedostatecznie wyleczona rana. Prawdziwa przyczyna wkrótce wyszła na jaw. Było mi danym być tego zdarzenia świadkiem.

Jakoś w połowie lutego, w mroźny, wietrzny dzień, ksiądz Jan odprawił Mszę. (…) Drzwi były jak zwykle otwarte, ksiądz Jan, klęcząc na środku pokoju, zawiązywał spiesznie plecak. Ubrany był w cywilny, wystrzępiony czarny garnitur, na głowie wyświechtany filcowy kapelusz pseudogóralski. Nie starał się ukryć, że moje odwiedziny wypadły jak najbardziej nie w porę.

– Ja właśnie wyjeżdżam – uprzedza pytania – nie miałem czasu pożegnać się z wami wszystkimi, ale będę pamiętał, będę myślał o was… Tutaj jest paczka z bielizną, co mi dały siostry… Proszę ją wziąć i dać komuś, co jej nie ma… Ja sam nie zdążę, bo…

Dalsze wyjaśnienia przerwało wtargnięcie ks. Machaya. Zobaczył z okna mnie idącą przez dziedziniec, a że z kolei miał jakieś zlecenia dla wysiedleńców, więc przyszedł. Zamierzona ucieczka ks. Ziei była zdekonspirowana.

– Co za maskarada?! – zahuczał prezbiter lwim głosem. – Janek, czyś oszalał? Dokąd się wybierasz w tym stroju?!

Zieja ukląkł przed zwierzchnikiem.

– Ojcze mój, dobrodzieju, daruj, nie gniewaj się… Tu masz list… pisałem do ciebie… Wszystko w nim tłumaczę… Ja muszę jechać…

– Dokąd? – ryknął obrońca Orawy.

– Na zachód… Za wojskiem… Mówił mi jeden szabrownik, że tam księży nie ma… Jedziesz sto kilometrów, dwieście, księdza nie ma… Niemieccy uciekli, polscy jeszcze nie dotarli… Ludzie bez sakramentów… Rozumiesz?… Trzeba koniecznie jechać…

– Dlaczego ty masz jechać? Ja ciebie nie zwalniam!

– Zwolnij, dobrodzieju… Puść! Ja się tutaj nic nadaję… Nic tu po mnie… Masz tylu księży w Krakowie… Lepszych… Rozumniejszych… Weźmiesz odpowiedniejszego… Ja tam się nadam…

– Koleje nie chodzą! Słyszałeś, co się tam dzieje?

– Wiem, wiem… Właśnie dlatego… Dojechać, dojadę… Poznałem paru sowieckich żołnierzy… Obiecali wziąć mnie na lokomotywę…

– Zmarzniesz! Bój się Boga! Właśnie wczoraj mówił mi lekarz, że musisz bardzo na siebie uważać…

– Lekarz… Ksiądz Jan uśmiechnął się jak anioł, którego by informowano, że kaczor Kwak zabrania mu latać. – Puść mnie, dobrodzieju, nie zatrzymuj, bo się bardzo śpieszę…

– Czekajże, wariacie! Rzeczy masz?

– Mam wszystko, co do Mszy św. potrzeba…

– Swoje rzeczy… Ubranie, bieliznę?…

– Mam ręcznik… Pobłogosław mnie, ojcze, i pozwól już iść…

Od progu przypomniał sobie o mojej obecności. Błogosławił, przekazując błogosławiące słowa całej grupie. Nareszcie wolny wybiegł na schody. Rzuciliśmy się do okna. Pochylony, siwy, w swym groteskowym stroju podobny do starego druciarza, ksiądz Jan spojrzał w górę, uśmiechnął się najszczęśliwszym z uśmiechów, pobiegł.

Prezbiter tarł powieki.

– Byle głowę wysunąć – narzekał – ten kurz w oczy włazi…

Co do mnie, korzystając z babskich przywilejów, nie usiłowałam mu wmawiać, że oczy mi łzawią od kurzu.

W drogę za swoim powołaniem ruszył ks. Zieja z niewielkim pakunkiem. Miał za to ze sobą bagaż idei, które chciał realizować. Jeszcze w czasie pobytu w Krakowie zaczął pisanie tekstu zatytułowanego „Ku życiu nowemu” – z datą 20 grudnia 1944 r. Zawarł w nim zarys przyszłej pracy duszpasterskiej. W jego projekcie urządzenia życia parafii ujawniają się sentyment do Orawy. Notował m.in.:

Stajemy do pracy jako zespół organizujący się pod duchowym patronatem zmarłego w 1931 roku chłopa orawskiego, Piotra Borowego, przykładnego chrześcijanina, apostoła Orawy, gorącego patrioty, budziciela sympatii i miłości do Polski na ziemiach przygranicznych, niegdyś do Polski należących, niezmordowanego obrońcy naszych praw do tych ziem.

W kolejnych punktach pisał o dążeniu do „królestwa Bożego na ziemiach Rzeczpospolitej”, o metodzie działania „prawdą, pięknem, pracą i miłością”, w oparciu w ewangelię, katechizm Kościoła i tradycje narodowe. Parafia miała upodabniać się do rodziny.

Realizacji tych celów służyć miało powołanie na nowo Towarzystwa im. Piotra Borowego. Inne instytucje parafii wymarzonej przez ks. Zieję to: dom rekolekcyjny, Dzieło Świętej Rodziny na rzecz podniesienia świętości małżeństw, Związek Rodzin Polskich, stowarzyszenie pod nazwą “Służebnice Świętej Rodziny”, Dom Matki i Dziecka, Uniwersytet Ludowy, Świetlica i Straż Piastowa – ognisko rozpowszechniania na ziemiach przygranicznych i wśród emigracji wiedzy o polskich sprawach, ognisko i obozowisko harcerskie. Były to jednak ciągle tylko plan na przyszłość.

Ks. Zieja dotarł na tereny gdzie panowali jeszcze Niemcy. Na ochotnika zgłosił się na roboty wśród Polaków pracujących przymusowo we Fromborku (niem. Frauenburg), Bydgoszczy (niem. Bromberg) i Gdyni. Potem znów bardziej na zachodzie: w okolicy Stralsundu, gdzie pracował w majątku rolnym, a co niedzielę chodził do miasta, by za przyzwoleniem proboszcza (wbrew nazistowskim przepisom) odprawić mszę św. przy zamkniętych drzwiach kościoła. – Po pewnym czasie otrzymałem sprzęt mszalny z Krakowa od ks. Machaya i w dni powszednie odprawiałem Mszę św. po kryjomu w domu jednej rodziny polskiej, wywiezionej przymusowo na roboty w te strony – wspominał kapłan, który tak wyposażony wybrał się nawet do obozu jenieckiego dla Francuzów, by i im udzielić duchowego pożywienia w święto Trzech Króli 1945 r. Jeszcze w tym samym miesiącu trafił do miasta Barth, gdzie 1 maja przeżył wyzwolenie przez Amerykanów oraz kolejnego dnia wkroczenie Sowietów, ze wszystkimi tego konsekwencjami w postaci grabieży i gwałtów dokonywanych przez Armię Czerwoną. W tych warunkach ksiądz Zieja zaczął szukać możliwości pracy w miejscu gdzie gromadzą się Polacy. Trafił do Słupska, gdzie przez długi czas był jedynym w okolicy duchownym.

 

Nowe czasy i niezmienne ideały

Na ziemiach zachodnich i północnych Kościół był czynnikiem integrującym ludność tam przybywającą. Polscy księża otwierając kościoły nieśli pocieszenie duchowe, które było też czynnikiem stabilizujące nastroje społeczne.

Poza troską o osiedleńców z uwagi ks. Zieji nie schodziły też dusze miejscowej ludności, wcześniej zgermanizowanej. Planował ich odzyskanie dla Polski. Napisał nawet projekt odezwy, w której wyjaśniał dziejowy proces niemczenia Polaków. – Dziś sprawiedliwość wymaga, żeby Niemcy oddali Słowianom nie tylko ziemie zagrabione, ale i krew wessaną. (…) Wracajcie! Polska i Słowiańszczyzna przyjmie z radością, uszanuje was, nadadzą wam stopniowo wszystkie i pełne prawa obywatelskie – wzywał do jedności z narodem polskim.

– Kaszubi! Mazurzy! Warmiacy! Ślązacy! Jednej jesteśmy krwi! Braciaście nasi! Stanowimy jeden naród! Niech żyje wolna ziemia Pomorsko – Kaszubska! Niech żyje wolna i piękna kraina mazurska! Niech żyje wierna i święta Warmia polska! Niech żyje Śląsko całe, perła ziemi polskiej! Niech żyje Naród Polski! Na wschodzie, zachodzie i południu – niech żyje braterstwo ludów słowiańskich! Kto tak czuje – niech się zgłosi do biura Towarzystwa im. Piotra Borowego w Słupsku, ul. Zamkowa 4, w godzinach od 16 do 17. Towarzystwo im. Piotra Borowego będzie udzielało informacji i porad, weźmie w opiekę wszystkich, którzy są pochodzenia polskiego, chcą w Polsce pozostać i żyć w jedności z Narodem Polskim” – wzywał ks. Zieja. Ciężko przeżył brak zrozumienia dla tej idei, gdy cenzura zakazała druku uznając proponowane treści za niezgodne z intencjami rządu.

Fragment kazania ks. Jana Ziei na temat powojennego stosunku do narodu niemieckiego i ludności niemieckiej

Ks. Zieja miał już gotowe podstawy pracy duszpasterskiej. We wrześniu 1945 r. od Administratora Apostolskiego otrzymał nominację na proboszcza przy kościele św. Ottona, a starosta słupski wyraził aprobatę dla Towarzystwa im. Piotra Borowego. 8 października odbyło się pierwsze zabranie organizacyjne, na którym postanowiono, że Towarzystwo zajmie się stworzeniem Uniwersytetu Ludowego. Szybko powstał też wykaz tematów, które miały stać się przedmiotem nauczania.

Uchwalono przystąpienie Towarzystwa im. Piotra Borowego do Towarzystwa Uniwersytetów Ludowych. W listopadzie dla dzieło ks. Ziei otrzymało oficjalny przydział ośrodka w Orzechowie Morskim wraz z ziemią i budynkami. Miejsce to jednak wymagało jeszcze zagospodarowania, dlatego pierwszy kurs miał rozpocząć się w Słupsku.

– Uniwersytet Ludowy to narzędzie oświatowe i wychowawcze, na które się obecnie najwięcej liczy. I słusznie. Zanosi się na monopol zakładania U.L. przez tak zwane Towarzystwo Uniwersytetów Ludowych. Próbuję zrobić wyłom w tym tworzącym się froncie bardzo niewyraźnym pod względem kościelnym i organizuję U.L z ramienia Towarzystwa im. Piotra Borowego. Pod jego egidą będą mogły powstawać U.L. katolickie bez firmy, ale z ducha katolickie. Trudna to droga. Jeździłem przed paroma dniami do Ministerstwa o zatwierdzenie ostateczne naszego U.L. Pokazałem program wykładów. Zalecono „ukrycie” wykładów religijnych pod nazwami „neutralnymi”. Do tych wskazówek muszę się zastosować, aby utrzymać się na wysuniętej placówce frontowej. W naszym U.L. wykłady religii będą! – choć w programie nie będą figurować. Młodzież będzie miała możliwość bycia na Mszy Świętej i codziennego słuchania Słowa Bożego. Program oficjalny załączam – pisał ks. Zieja do Administratora Apostolskiego w Gorzowie.

10 lutego 1946 r. odbył się pierwszy kurs z udziałem 24 słuchaczy, ludzi młodych i energicznych. Niedługo Kuratorium Oświaty w Słupsku przysłało list, w którym uznano Towarzystwo im. Piotra Borowego i jego prawo do prowadzenia Uniwersytetu Ludowego. Życzyli owocnej pracy w realizacji programu kursu.

Przed ks. Zieją stanęły kolejne wyzwania duszpasterskie. Od 2 kwietnia 1946 r. do sierpnia 1947 był już proboszczem w Wytownie. Z tego czasu zachował się dokument w którym proponował Administratorowi Apostolskiemu możliwość wykorzystania swoich słupskich doświadczeń. Prosił o rozważenie programu, który zakładał m.in.: “Będziemy rozszerzać działalność istniejącej już biblioteki im. Piotra Borowego jako katolickiego ośrodka pracy samokształceniowej. (…) Od jesieni b.r. uruchomimy w Słupsku przy bibliotece im. Piotra Borowego korespondencyjną poradnię w sprawach religijnych.”

Wspomniana biblioteka, której patronował Apostoł Orawy była efektem zaangażowania przywiezionej z Wilna Ludwiki Ruszyc wraz z jej księgozbiorem, który wcześniej był w dyspozycji biblioteki im. Tomasza Zana w Wilnie. Ks. Zieja znalazł dla niej miejsce i roztoczył pomoc pod auspicjami swojego Towarzystwa. Książnica znana była też jako „Biblioteka Filarecka”.

Działalność Towarzystwa im. Piotra Borowego polegająca na prowadzeniu Uniwersytetu Ludowego i Biblioteki trwało do 1947 r. Moment jego wyciszenia, który wymaga jeszcze dokładniejszego naświetlenia przypada już na okres umocnienia się władzy komunistycznej i natężenia represji w Polsce.

W kolejnych latach ks. Zieja wrócił do Warszawy, gdzie zajmował się pracą duszpasterską i pisarską. Pracował przy zgromadzeniach ss. wizytek i urszulanek. W grudniu 1975 roku był sygnatariuszem protestu przeciwko zmianom w Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (List 59). W 1976 r. należał do grona założycieli Komitetu Obrony Robotników. Jego podpis widnieje pod słynnym „Apelem do społeczeństwa i władz PRL”. W 1977 r. uczestniczył w powołaniu Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Przez całą dekadę lat 80. pozostawał sympatykiem „Solidarności”. Zmarł 19 października 1991 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *