Jabłonka i Orawa, jakie widział Melchior Wańkowicz

Często podróżował i równie wiele pisał. Wzmianką na kartach jego reportaży poszczycić może się niejeden zakątek Polski. Wśród nich znalazło się miejsce dla Orawy, na której Melchior Wańkowicz stanął w 1932 r. jako jeden z jej ostatnich słynnych odkrywców.

Melchior Wańkowicz (1892-1974) pochodził z rodziny ziemiańskiej, uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej, a ugruntowaniu się niepodległości swoim talentem pisarskim zjednywał sobie kręgi kolejnych czytelników i służył administracji państwowej. To on był autorem jednego z najsłynniejszych polskich haseł reklamowych: „Cukier krzepi”, za które od Związku Cukrowników Polskich zainkasował 5000 przedwojennych złotych. Dzięki tej kwocie mógł nabyć swój pierwszy samochód, Ford Sedan de Lux. Po odbyciu nauki jazdy, z której udało mu się ujść z życiem (m.in. wpadł pod ciężarówkę), zabrał rodzinę w wyprawę na południe Polski, w czasie której odwiedził również… Orawę!

Każdy z nas w dzieciństwie miał to przeczucie, że nastąpiła długo oczekiwana chwila – zawieziono go do dużego miasta, o którym się nasłuchał, które wymarzył. Następuje konfrontacja z rzeczywistością; napotyka dobrze znane z fotografii, z opowiadań gmachy i pomniki – czynił Wańkowicz wstęp do zrelacjonowania swoich wrażeń z wizyty w centralnej miejscowości Orawy, o której mógł słyszeć w dobie zmagań plebiscytowych, podczas dziesięciolecia przyłączenia części regionu do Polski lub przy okazji doniesień o zgonie Piotra Borowego.

Nierozpoznani automobiliści przy przydrożnym krzyżu w Lipnicy Wielkiej. Fot. NAC

Okazją do osobistego odkrycia Orawy była rodzinna podróż przez różne zakątki Polski, w czasie, której na kilka dni Wańkowiczowie zatrzymali się w miejscowości najbardziej popularnej wśród turystów przybywających pod Babią Górę.

 

Region słowem malowany

W Zawoi kilka wycieczek i pstrągowanie Kinga. Trzeciego dnia świtaniem zajechał dobrze moszczony parokonny wóz góralski i para osiodłanych koni. Ruszyliśmy przez Babią Górę głębokimi lasami – zanotował m.in. w krótkim fragmencie o Orawie z powieści Ziele na kraterze (1951). Więcej zawarł natomiast z osobnym reportażu ze zbioru Anoda i Katoda (1986), gdzie znajdujemy podobny opis przemieszczania się przez grzbiet Królowej Beskidów – przedzierałem się przez wirch Babiej Góry na góralskim koniku z ciekawością nie mniejszą, jakbym przebywał szczyty Kordylierów, by zjechać w dolinę Peru, o czym marzę.

Przejście z Zawoi na stronę Orawską słusznie mogło być określane przeprawą nim w 1938 podjęto budowę drogi przez Krowiarki, przy której zatrudniony był Karol Wojtyła. Na fotografii junacy podczas pracy, 1939 r.

Oczekiwania pisarza nie zostały zawiedzione:

–  W skwarnym pyle słonecznym leży Jabłonka – stolica odtąd mi bardzo droga. W dali wyraźnie sinieje profil Giewontu; ten przed nim ciemny zwał – to Gubałówka. Wspaniałą panoramą biegną przede mną Tatry, a za mną tchnie świeżością puszczy Babia Góra, którą właśnie przebyłem. Orawska kraina, oszańcowana w ten sposób wkoło, podaje bezwietrznemu słońcu ku dojrzewaniu swoją ziemię cichą w zadumie charakterystycznych kapliczek polnych, dzwonniczek przywsiowych, które zwołują lud na Anioł Pański tam, gdzie nie ma kościołów.

Dzwonnica w Lipnicy Wielkiej na okładce ilustrowanego pisma “Tęcza” z 1929 r. Rys. Józef Pieniążek

Umiejętnie łączył opisy przyrodnicze i mogące zainteresować czytelnika obserwacje etnograficzne:

Nazwa pierwszej wsi pachnie puszczą – Zubrzyca. Strumień, który biegnie wzdłuż drogi – do Wagu wpada, by wraz z nim znaleźć się w Dunaju, Inny to już dział wód, niepolski. Ludzie, co nad strumieniem idą, noszą portki góralskie po naszemu wyszywane, jeno co wieś, to inny wzór nosi. A jak się zdarzy wieś większa, jak Chyżne, to pół Chyżnego nosi portki inną modą, a druga połowa, jak uciął inną.

Melchior Wańkowicz

Obserwacja dotycząca Chyżnego znajduje potwierdzenie w fakcie, że górnej części wsi, skąd bliżej do Głodówki i Suchej Góry noszono się podobnie jak tam – po podhalańsku, mimo, że obie te wioski, które do Polski należały w latach 1920-1924 i 1938-1939 stanowią część Orawy. Natomiast mieszkańcy z dołu Chyżnego mieli już typowo orawskie odzienie.

Nie tylko osobistą fascynację odkrywanym regionem, ale i pisarski kunszt Wańkowicz ujawnił poprzez skreślenie malowniczego opisu:

–  Ziemia orawska jest jak podpłomyk posmarowany miodem. Zielona nagrzana słońcem, podana już ku południowemu morzu, ku winnicom, ku wartkiemu biegowi Wagu, płynącego do Dunaju, szczerbata po górskich uskokach, ruinami zamków, połyskliwa parzenicami wyszywanymi na góralskich portkach co wieś to inaczej, z zatulonymi w zieleń odwiecznych drzew stromymi drewnianymi kościółkami, rozśpiewana od ciepła i ciągnących woni polnych wieczorami, pilikająca na dudach, na lipowych skrzypeczkach, zbyrcząca ciupagami, przewiewna w swych miodopłynnych równiach przez rześkie smrekowe ciągi z gór, mrugająca w dojezdne wieczory oknami karczmisk jak z »Legend«, jak z »Sędziów« Wyspiańskiego, z szynkwasem, Żydem w jarmułce, tablicą i kredą, chłopami w serdokach pociągającymi lulki i alkierzem dla lepszych gości, gdzie Żyd przynosi pejsachówkę, wino rodzynkowe i pstrągi.

 

Śladem Staszica, Pietrusińskiego i Zejsznera

Chwytając za pióro, Wańkowicz zadał sobie trud zgłębienia historii opisywanego miejsca:

Są dwa takie cypelki Polski, zasunięte za góry, o których każdy słyszał, ale o których nikt należytego pojęcia nie ma. To – Orawa i Spisz. Te dwa bowiem lilipucie kraiki leżały niby w czwartym zaborze – węgierskim. Polacy w Galicji, najbliżsi Orawianom, niewiele mogli im pomóc bo polityka galicyjska była nastawiona na wzajemne popieranie się z Węgrami.

W skojarzeniu o czwartym zaborze dostrzec można podobieństwo do myśli wyrażonej przez ks. Ferdynanda Machaya we wstępie do swojego słynnego pamiętnika Moja droga do Polski. Pisał, że  książka ta ma „zwiastować Rodakom istnienie zaniedbanej zupełnie dzielnicy, czy też zaboru – czwartego Polski”. Takie twierdzenie miało na celu zwrócenie uwagi społeczeństwa na położenie Polaków żyjących do 1918 r. wewnątrz dualistycznej monarchii austro-węgierskiej, lecz poza Galicją, utożsamianą z jednym z trzech zaborów.

Tak więc topniało owe sto tysięcy ludności polskiej, która szukając opieki przed madziaryzacją, coraz bardziej ulegała zesłowaczeniu. W pierwszym dziesiątku lat bieżącego stulecia nie było już żadnego polskiego oporu – zauważał Wańkowicz.

W opisie Wańkowicza pobrzmiewa ta sama nuta fascynacji nad obecnością żywiołu polskiego pod władztwem Węgrów, jaką jeszcze sto lat wcześniej wyrażali polscy podróżnicy.

Ludwik Pietrusiński w opisie wyprawy inspirowanej wcześniejszymi odkryciami Stanisława Staszica pisał: „To już Węgry. Karczma na lewo – galicyjska; karczma na prawo – węgierska. Nie widzisz obstępujących Cię strażników; bo spostrzegasz Tatry. Zjeżdżasz na dół ku bielącemu się kościołowi i stajesz przed orłem cesarskim na komorze w Podwilku. Już Ci podpisano paszport, jużeś wewnątrz Królestwa węgierskiego. Ale nie bój się, nie usłyszysz tu ani słowa po węgiersku. Babia Góra, za którą się słońce spuścić kwapi, cała do okoła otoczona jest dziatwą polską, a że granica [Galicji i Węgier] sam środek grzebienia jej przekrawa; przeto i Komitat Orawski ma wsi i górali polskich w swoim obrębie” – (Podróże, przejażdżki i przechadzki po Europie, t. 3, 1845).

Z kolei Ludwik Zejszner zwracał uwagę m.in na gwarę miejscowej ludności: Mieszkańcy ci mówią narzeczem Podhalan, z nieznacznym miejscowym odcieniem. Język ich doznał mniej jeszcze zmian jak Podhalan i jakby skamieniały, trwa w swych starożytnych formach, nie uległ wpływom literatury i ogólnej oświaty; zdaje się że mówią językiem jakiego przed kilkoma wiekami w Polsce używano. Słowaki, zajmujący południowe strony, a pomiędzy nimi tu i ówdzie znajdują się wioski polskie” – (Biblioteka Warszawska, t. 3, 1853).

Jabłonka na pocztówce z okresu międzywojennego

 

Punkt informacji turystycznej

Przywołana karczma w opisywanym czasie poza dostępem do napitku i strawy, umożliwiała zaopatrzenie się w dostępny towar, jak w sklepie lub skorzystanie z noclegu. Bywało też, jak w przypadku Wańkowicza, że okazywała się  miejscem, w którym zainteresowany gość mógł nabyć wiedzę o niedawnej historii regionu.

W takim karczemisku w Jabłonce stary gospodarz dokumentnie opowiadał Dudom – tak pisarz zwykł określać swoje córki – jak to delegacja orawska pojechała w swych guniach do Paryża prosić o przyłączenie do Polski, jak wyszedł ku nim z końską twarzą wyblakły, wymacerowany Wilson i jak gazda Borowy, bywały po Ameryce, zabaczył jednak swojego angielskiego, i jak gładził Wilsona po rękawie, a przekładał: Zostawta Orawsko przy Polsce.

Gazdowie Piotr Borowy z Rabczyc i Wojciech Halczyn ze spiskiego Lendaku, w towarzystwie ks. Ferdynanda Machaya i dra Kazimierza Roupperta przebywali na konferencji pokojowej w Paryżu między 15 marca a 20 kwietnia 1919 r. Wśród spotkań z różnymi dyplomatami ich najważniejszym osiągnięciem było przedstawienie prezydentowi USA postulatów dotyczących przebiegu granicy na Orawie i Spiszu.

Sypią się wspominki, jak pan Teisseyre gazdów na szczyt Babiej Góry zabierał i jak stamtąd widoczne w dnie pogodne Kraków i Kalwarię pokazywał. „Jak mocna musi być Polska, skoro ma takie święte miejsca, jak Kalwaria i Częstochowa!”

W swoim pamiętniku ks. Ferdynand Machay przytaczał relację Juliana Teisseyrego na temat pierwszego kontaktu z ludnością mówiącą po polsku w granicach Węgier w 1904 r. Wówczas jeden z zubrzyckich przewodników na szczycie Królowej Beskidów tęskniącym lamentem za polską modlitwą w Kalwarii Zebrzydowskiej i na Jasnej Górze, wzbudził w przyjezdnych postanowienie ratowania ducha narodowego Orawian. Efektem tego uniesienia miało być powołanie w Krakowie Koła Spiżowego, którego działania polegały na  rozprowadzaniu na Orawie i Spiszu polskich książek i kalendarzy. Krakowscy działacze pamiętali także o młodzieży z tych regionów studiującej w głębi Węgier, a na tej właśnie płaszczyźnie największym osiągnięciem Teisseyrego było „złowienie” w 1906 r. budapesztańskiego seminarzysty z Jabłonki, Ferdynanda Machaya.

Do Polski i do polskości przychodzili ludzie przez żarliwą pobożność – kontynuuje Wańkowicz –  jak  nieodżałowanej pamięci Borowy, zmarły w tym roku, apostoł odrodzenia polskości. Sypią się wspomnienia, jak po odpustach książki roznosił i sprzedawał, jak przypowieści „Za Polskę” prawił, jak założył niby rodzaj zakonu. No i jak Polska wybuchłą, już nie tylko coś niecoś młodzieży, ale i poważni gazdowie byli „za Polską”.

Przy spojrzeniu na daty urodzenia Orawian odznaczonych za działalność niepodległościową łatwo zauważyć, że większość z nich w momencie zaangażowania na rzecz Polski zaliczała się do generacji dwudziestolatków. Obok nich właściwą liczbę stanowili także przydający energii przedstawiciele młodzieży oraz służący doświadczeniem i autorytetem starsi. Tej statystyki znać nie mógł Wańkowicz, który na Orawie gościł w 1932 r. (przywołany rok śmierci Piotra Borowego), natomiast Medale Niepodległości spłynęły do zasłużonych Orawian dopiero w kolejnych latach. To znów świadczy o dobrym poznaniu regionu przez pisarza.

Ten rok starań o przyłączenie do Polski – pisze o okresie między 1919, a 1920 rokiemsprawił cuda w psychologii ludności Orawy. Niby płomień, który gdzieś przytajony, buchnęła polskość. I teraz jeszcze, kiedy siedzę w karczmie na ławie i słucham opowiadań sprzed lat trzynastu, pięści się zaciskają i głosy robią się nienawistne na wspomnienie inwazji czeskiej.

Po wkroczeniu wojsk czeskich na ostatnie skrawki Orawy w styczniu 1919 r., w celu wyeliminowania propolskich postaw stosowano pogróżki, prowokacje i szykany. Zakazano polskich książek, broszur i czasopism, co egzekwowano poprzez częste rewizje domostw. Na równi zwalczane było również opozycyjne wobec Pragi czasopismo „Slovak”, wydawane przez Słowacką Radę Narodową. Powszechne było wywieranie presji na miejscowej ludności, by ta opowiedziała się za państwowością czechosłowacką. Szczególnie we znaki dały się liczne przypadki bezpodstawnych rekwizycji, napadów rabunkowych, dewastacji mienia prywatnego i obiektów sakralnych, aktów fizycznej przemocy posuniętej nawet do przypadków śmiertelnych. Wszystkie te przestępstwa i zbrodnie skrupulatnie odnotowywano na łamach „Gazety Podhalańskiej”.

 

Orawscy Bojownicy Niepodległości

Wśród swoich rozmówców pisarz znalazł grupę czołowych działaczy niepodległościowych.

Sklep Piekarczyka! – ależ wiem… Ojciec kilku synów, z których siedemnastoletniego wzięli Czesi, komendant żandarmerii złożonej z samych Piekarczyków, która w porządku trzymała okolicę w czasie „interregnum” po upadku Węgier.

Obok samego Jana Piekarczyka w działalność niepodległościową zaangażowana była również jego żona Maria oraz synowie Jan, Eugeniusz i Józef. Gość z Warszawy zwrócił uwagę na fakt uwięzienia przez Czechów tego ostatniego, urodzonego w 1901 r. najmłodszego wówczas Piekarczyka. Niemniej za propolską działalność pozbawiani wolności byli wszyscy mężczyźni z tej rodziny.

 

JAN PIEKARCZYK (Starszy)
Ur. 1 stycznia 1870 r. w Jabłonce
Syn Karola i Marii Jabłońskiej
Zam. Jabłonka
Zawód: kupiec
Zm. 1956
Posiadał Order Odrodzenia Polski “Polonia Restituta” – V kl., Srebrny Krzyż Zasługi i Medal 3-go Maja.

Odznaczony Krzyżem Niepodległości w 1937 r.

Pierwszy i najbardziej wpływowy pracownik polski w r. 1918. Prezes Rady Narodowej na Orawie. Kilkakrotnie przez Czechów aresztowany. W domu Piekarczyka przechowywane były w 1920 r. transporty karabinów i amunicji dla organizacji wojskowej.

Więcej o Janie Piekaczyku (starszym) w bazie orawskich Bojowników Niepodległości

 

U Piekarczyków roi się od Piekarcząt najnowszej generacji. Porodziło się to, jak Pan Bóg przykazał, już po różnych tam plebiscytach, w wolnej Polsce.

Do rodzeństwa wymienionej już trójki najstarszych synów należeli: Alojzy (ur. 1905), Maria (ur. 1907), Karol (ur. 1909), Małgorzata (ur. 1910), Anna (ur. 1911) i Helena (ur. 1913). Jedni zakładali już własne rodziny, inni dorastali. Wszyscy otrzymali od rodziców wsparcie w edukacji. Ich dom był również otwarty dla uczącej się i studiującej młodzieży jabłonczańskiej.

Teraz ciągniemy całą Orawą do domu ludowego. Stary Piekarczyk uroczyście przekręca klucz i widzimy salkę miło urządzona, której ściany zdobią malowidła al fresco, przedstawiające naturalnej wielkości sceny z życia ludu orawskiego.

Gospodarz podejmujący pisarza mógł szczycić Domem Ludowym jako ofiarodawca działki i skarbnik miejscowego zarządu Towarzystwa Szkół Ludowych, które wznosiło ten obiekt. Osobisty udział w budowie przypłacił nawet zdrowiem, gdy został przygnieciony ciężkim elementem konstrukcyjnym. Postępujące odtąd problemy z chodzeniem nie doskwierały mu jednak, gdy 17 lipca 1929 r. witał w murach tego przybytku Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, prof. Ignacego Mościckiego.

Dom Ludowy Towarzystwa Szkoły Ludowej w Jabłonce. Fot. NAC

Kolejną znaczącą postacią zapoznaną przez Wańkowicza był pochodzący ze Spisza aptekarz, który w 1912 r. wraz z żoną przeniósł się do Trzciany na Orawie. W 1919 r. wydzierżawił aptekę od Eugeniusza Sterculi, wcześniejszego polskiego działacza narodowego i madziarskiego lojalisty, który swoje dalsze życie związał z Węgrami.

Apteka Neubauera! A toż stary Neubauer, Węgier poza tym zajadły, tak się przejął, że Orawa ma się dostać Czechom, że z całym hazardem w czasie plebiscytu łba nadstawiał, że aż uchodzić musiał z księdzem Machayem do Nowego Targu.

Wańkowicz lub pośmiertny wydawca jego reportażu zastosował poprawną w języku niemieckim pisownię nazwiska z użyciem litery „b”. Natomiast nazwisko aptekarza z Jabłonki zapisywane było z użyciem litery „p”: Neupauer.

Odnotowane przez pisarza ujście do Nowego Targu nastąpiło w styczniu 1919 r. w obliczu wkroczenia wojsk czeskich w okolice Jabłonki. Zagrożeni aresztowaniami główni przywódcy zrywu niepodległościowego na Orawie postanowili z Podhala prowadzić starania o usunięcie z rodzinnej ziemi obcych żołnierzy.

 

JAN NEUPAUER
Ur. 1 stycznia 1880 r. w Lendaku
Syn Pawła i Elżbiety Weteranyi
Zam. Jabłonka
Zawód: aptekarz
Zm. 22 września 1952

Odznaczony Medalem Niepodległości w 1937 r.

Jeden z pierwszych bojowników sprawy polskiej na Orawie. Śmiały i wierny wykonawca zleceń. Jego apteka była zawsze ośrodkiem polskości.

Więcej o Janie Neupauerze w bazie orawskich Bojowników Niepodległości

 

Córeczki pana Neubauera, uczęszczające do polskiej szkoły powszechnej, z zachwytem opowiadają o życiu szkoły. Przynoszą mi swoje książki, mają już w bibliotece 23 książki beletrystyczne polskie, ładnie oprawione.

Jedna z wspomnianych córek, Magdalena towarzyszyła ojcu, a potem zastąpiła go w powadzeniu apteki. Gdy w latach PRL-u ich rodzinny majątek został znacjonalizowany, pozostała pracownicą zakładu. W 1990 r. odkupiła go od państwa, by kontynuować w niej dzieło swojego ojca.

Uczniowie podczas zabawy przed budynkiem Szkoły Powszechnej w Jabłonce, lipiec 1929 r. Fot. NAC

Ale oto jest kościół. To Lipnica Mała, w której proboszczuje ksiądz Buroń, przyjaciel Borowego, towarzysz księdza Machaya w jego wyprawach. Ksiądz jak raz wychodzi z nieszporów. Z energicznej młodej twarzy patrzą jasno oczy ufne i życzliwe.

Melchior Wańkowicz należał do ostatnich, którzy mogli zobaczyć stary małolipnicki kościółek. W kolejnym roku rozpoczęła się bowiem budowa nowej świątyni, w cieniu której dawna została rozebrana. Pozostał patron parafii ustanowionej dopiero w 1919 r. Gdy węgierskie słupy graniczne zostały już obalone, a spór o posiadanie północnych skrawków Królestwa Węgierskiego toczył się między Polską, a Czechosłowacją, swoistą pamiątką dawnych wieków pozostał kult św. Stefana, pierwszego węgierskiego króla.

Stary kościół w Lipnicy Małej. Fot. IS PAN

Ja, jak i my tu wszyscy, do szkoły gimnazjalnej, nie wiedziałem wcale, że jestem Polakiem. Dopiero w szóstej klasie otrzymałem od pana Teisseyre modlitewnik drukowany po polsku i przejrzałem

Na Orawie dzieci, które z domu wynosiły umiejętność mowy polską gwarą w kościołach spotykały się językiem słowackim, a w szkołach naukę pobierały po węgiersku. „Dlaczego dziecko ma się inaczej w szkole modlić, a w domu inaczej, nigdy się nad tym nie zastanowiłem. Wreszcie przyzwyczaiłem się do tego wołającego o pomstę do nieba zamachu na duszę polskiego dziecka, jak tylu innych, najłatwiej na świecie” – wspominał ks. Machay. Inny z wybitnych Orawian, Pius Jabłoński tak zaś opisywał swoje gimnazjalne perypetie: „Nie słyszałem naszego języka, tylko powszechnie w mieście i na stancji język słowacki, a w szkole madziarski. (…) Uczyłem się na pamięć całych stronic z geografii czy przyrody, lub historii Węgier. (…) Serdecznie nienawidziłem Węgrów za ich język, dla mnie niezrozumiały”.

 

KS. JÓZEF BUROŃ
Ur. 24 listopada 1890 r. w Piekielniku
Syn Jana i Katarzyny Kotlarz
Zam. Lipnica Mała
Zawód: proboszcz, duszpasterz
Zm. 4 grudnia 1976 r.
Inne odznaczenia: Srebrny Krzyż Zasługi (1936)

Odznaczony Medalem Niepodległości w 1937 r.

Od 1913 był czynnym pracownikiem na polu uświadamiania ludu. Podczas plebiscytu najwytrwalszy agitator słowem i piórem. W 1919-1920 r. pracował podczas plebiscytu na Orawie za przyłączeniem Spisza i Orawy do Polski jako członek komitetu plebiscytowego.

Więcej o ks. Józefie Buroniu w bazie orawskich Bojowników Niepodległości

 

Ksiądz Buroń sumituje się raz po raz, że nie włada dostatecznie polszczyzną. Jakże mu wytłumaczyć, że język jego pachnie miodem wszystkich polan Leśnych? – zastanawiał się Wańkowicz.

Z podobną pokorą do swojej umiejętności we władaniu językiem polskim podchodził ks. Ferdynand Machay, który prosił swoich czytelników o wyrozumiałość dla siebie, jako ucznia szkół węgierskich. Znajomość języka Madziarów służyła orawskim patriotom w prowadzeniu konspiracji w czasie II wojny światowej. Natomiast według relacji Ignacego Kubackiego, jego stryj Franciszek odwiedzając ks. Buronia jeszcze po wojnie dla rozrywki rozmawiał z nim również po węgiersku. W ten sposób obaj ćwiczyli znajomość języka kojarzonego z młodzieńczymi latami szkolnymi.

Ksiądz jest zdetonowany, że wpadamy jak po ogień; chce nas czymkolwiek ugościć. Ale słońce już rzuca długi cień wieży kościelnej, a mnie czeka jeszcze opętanych kilkadziesiąt kilometrów przez płaje Babiej Góry i łożyskami rwących potoków. Proszę, by nam opowiedział coś o Borowym, który tu w Lipnicy Wielkiej [w oryginale zanotowano w Lipnicy Dużej], jest pochowany. Ksiądz Buroń zamyśla się i przypomina sobie bajkę, którą Borowy opowiadał na wiecu informacyjnym w sprawie Orawy w Nowym Targu.

Wańkowicz przytoczył treść bajki opowiadającej o woźnicy transportującym paczki i sygnałach dawanych mu przez wiernego psa. W ten sposób Borowy opisywał rolę Orawian i Spiszaków upominających się o zwrócenie się Polski w kierunku ich zapomnianych ziem.

Rodzinne Rabczyce Borowego zostały przy Czechach. Sprzedał tam wszystko, kupił po polskiej stronie dom w gminie do Rabczyc przylegającej, przy drodze wiodącej do Rabczyc. Iście, jak pies wierny, strzegący zgubionych paczek. I tam zmarł –podsumował Wańkowicz, dopisując w ten sposób epilog do bajki „Apostoła Orawy”.

 

PIOTR BOROWY
Ur. 28 maja 1858 r. w Rabczycach
Zawód: rolnik, introligator, sprzedawca książek
Zm. 18 stycznia 1932 r. w Lipnicy Wielkiej
Inne odznaczenia: Order “Polonia Restituta”

Odznaczony pośmiertnie Medalem Niepodległości w 1937 r.

Delegat na kongres pokojowy w Paryżu.
Działacz plebiscytowy.

Więcej o Piotrze Borowym w bazie orawskich Bojowników Niepodległości

 

Powiększona Ojczyzna

Portret Adama Mickiewicza na Judahu skale, autorstwa Walentego Wańkowicza przyjaciela wieszcza i krewnego Melchiora Wańkowicza

Wracałem do „starej Polski”. Kiedym wyjeżdżał z pierwszej połoniny ponownie w puszczę, objęła mnie kompletna czerń nocy. Konik góralski pode mną niespokojnie prychał, wietrzący strachy nocy. Zdałem się na jego instynkt, nie myśląc o drodze. Myślałem o tym, że w odczuwaniu moim poszerzyła mi się dzisiaj Ojczyzna – deklarował pisarz, odpowiadając niejako na zadanie postawione niegdyś przez Adama Mickiewicza w Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego: „O ile powiększycie i polepszycie duszę waszą, o tyle polepszycie prawa wasze i powiększycie granice”.

Czy można więc gdzieś na świecie odnaleźć skibę polskości równie świeżo odwaloną, jak w tym orawskim zakątku?pytał retorycznie zafascynowany odkrytym regionem mistrz słowa.

 

***

W kolejnych latach Wańkowicz był też kierownikiem Przedsiębiorstwa Reklama Pocztowa. W 1936 zdobył I nagrodę w konkursie prasowym z okazji Dnia Morza. W 1938 r. został wybrany członkiem zarządu Polskiego Związku Reklamowego. W tym samym roku w cyklu reportaży opublikowanych pt. Sztafeta propagował dokonanie jakim była budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego. W tej samej książce entuzjastycznie odnosił się również do odzyskania przez Polskę Zaolzia.

Afisz o odczycie Malchiora Wańkowicza z grudnia 1938 r.

Podczas II wojny światowej pracę pisarską i dziennikarską kontynuował na emigracji w Rumunii, na Cyprze, w Palestynie, a wreszcie przy II Korpusie Polskim jako nieoficjalny kronikarz, przemierzył szlak od Iranu i Iraku przez Syrię, Liban, Egipt do Włoch, gdzie wziął też udział w bitwie o Monte Cassino. Po wojnie pozostał początkowo we Włoszech, potem w Wielkiej Brytanii i w USA, gdzie napisał Ziele na kraterze. Na stałe wrócił do Polski w 1958 r. Doświadczał trudności związanych z cenzurą i aparatem bezpieczeństwa, jednak jego sława zapewniła mu pewną swobodę działań. U końca życia odniósł jeszcze jeden wielki sukces w branży reklamowej, jako autor hasła „Lotem bliżej”.

Jego osobistym strapieniem była utrata jednej z córek, Krysi, która zginęła jako sanitariuszka w Powstaniu Warszawskim. Służyła w Batalionie AK „Parasol”, osławionym w piosence Pałacyk Michla, napisanej przez Józefa Szczepańskiego do melodii popularnego przed wojną Hymnu Podhalańskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *