Eugeniusz Romer. Człowiek, który wprowadził Orawę na mapy niepodległej Polski

Najpierw  „zapomniał” o Orawie i Spiszu  przy rysowaniu granic odrodzonej Polski. Potem zrobił wiele, by umożliwić polskim góralom zjednoczenie z rodakami w niepodległym państwie. Eugeniusz Romer był jednym z najaktywniejszych polskich pracowników na konferencji pokojowej w Paryżu po pierwszej wojnie światowej,  a  jego wspomnienia z tego czasu idą w parze z relacjami ks. Ferdynanda Machaya, którego poznał w stolicy Francji.

Skoro państwa zaborcze usunęły Polskę z mapy Europy, to walka o odrodzenie państwa wymagała wykreślenia na nowo należnego mu miejsca. Jeszcze w trakcie Wielkiej Wojny przyszłe rozstrzygnięcia na arenie dyplomatycznej przewidział Franciszek Stefczyk, znany m.in. jako spółdzielca, który rozumiał potrzebę opracowania zawczasu merytorycznych argumentów. Ich przygotowanie w 1915 r. zlecił uznanemu lwowskiemu geografowi, Eugeniuszowi Romerowi (1871-1954). W ciągu roku powstał atlas, który zawierał 32 strony omówienia w trzech językach i 70 map. Była to istna encyklopedia, którą polscy dyplomaci posługiwali się podczas powojennej konferencji pokojowej w Paryżu.

W stolicy Francji wśród polityków z całego świata stawili się również przedstawiciele z Orawy i Spisza, także wyposażeni w mapy. Po mapie też w końcu wodzili górale palec prezydenta USA, Woodrowa Wilsona, pokazując mu najbardziej bezpośrednio oczekiwany przebieg granic.

– „Natychmiast wręczono mu mapkę Spisza, Podhala i Orawy. Ten »worek« zakopiański był na tej mapce tak grubo narysowany, żeby i ślepy mógł zobaczyć dzisiejszą dziwaczną granicę. Trzymał Wilson tę mapkę, oglądał i zrobił palcem ruch po niej, wyrównując niedwuznacznie nasze Podhale – wspominał spotkanie z amerykańskim przywódcą ks. Ferdynand MachayOglądał mapkę, gazdowie mu zaś tłumaczyli, ile tam Polaków żyje. I kiedy Wilson palcem znów miał ochotę wyrównać, zniszczyć ten worek zakopiański na mapie, Piotr [Borowy] go chwycił za rękę i z nadzwyczajnie miłą stanowczością mu oświadczył: »To, to, to, tego sobie życzymy p. Prezydencie!« I śmiejąc się do niego z wielką wiarą powtórzył swoją prośbę: »Niechże też pan Prezydent będzie tak dobry, a nasze czysto polskie ziemie przywróci Polsce«. (…) Wręczyliśmy jeszcze Wilsonowi fotografię tych samych czeskich map: na tej z 1913 roku byli Polacy na Spiszu i Orawie, na mapie zaś wydanej przez Czechów w r. 1919 ani śladu o nas”.

 

„KRZYWDA” ORAWY I SPISZA

O elementarnym znaczeniu map Machay wspominał też w innym miejscu:

„Głównem – i nagłem – naszem zadaniem było więc lepiej uświadomić naszych dyplomatów o Spiszu-Orawie. Coś – niecoś wiedziano już o nas w Paryżu. Doskonały znawca stosunków etnograficznych w Cieszyńskiem i u nas, profesor dr. Kazimierz Nitsch robił co mógł w naszej obronie. On też się stał naszym głównym opiekunem i gorącym rzecznikiem naszej sprawy podczas pobytu w Paryżu.

Chluba polskiej nauki, prof. Eugeniusz Romer, niestety zapomniał o nas w swoim wiekowym Atlasie. Szkodziło nam to bardzo, bo na konferencji pokojowej atlasem Romera broniono zachodnich granic Polski. W rękach Czechów był to niebezpieczny argument przeciw naszej pracy”.

„Geograficzno-statystyczny atlas Polski” Eugeniusza Romera z 1916 r. Kolorem pomarańczowym zaznaczono obszary zamieszkałe w co najmniej 75 % przez ludność polską. Opracowanie dotyczyło granic przedrozbiorowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przez co nie uwzględniono na nim ludności Orawy i Spisza. W takim przedstawieniu znacząco wyeksponowany zostaje wspominany przez ks. Machaya „worek” zakopiański.

Geograficzno-statystyczny atlas Polski Romera, o którym mowa, w różnych aspektach przedstawiał stosunki panujące na przedrozbiorowych granicach Polski. W nich Orawy i Spisza nie było, poza miastami z historycznego zastawu. Stąd wynikała podnoszona przez ks. Machaya krzywda ujawniona na paryskich salonach. Jednak Romer o mieszkającej tam ludności wcale nie zapomniał, a miał z udokumentowaniem jej obecności całkiem inny problem, który wyjawił na wstępie wydania swojego Pamiętnika Paryskiego:

„Przewodnią myślą, która się w pracach tych kierowano było dostarczenie obrazów tak obiektywnych, tak krytycznie opracowanych, by nawet u obcych, a bodaj i wrogo usposobionych wzbudzić uczucie szacunku i pełnego zaufania. (…) Jedynie studium nad problemem spisko-orawskim poszło innymi drogami. Dr Modelski, który się podjął opracowania tego problemu dla Prac Geograficznych, nie dał się pozyskać dla myśli przewodniej »«prac geograficznych« będących równocześnie na warsztacie, snuł szersze programy polityczne, roił o wielkiej polskiej Słowacczyźnie i zamiast analizy materiału oficjalnego pogrążył się w studium historycznym dla udowodnienia bardzo ponętnych hipotez. Oczywiście, że do przeprowadzenia  takich planów nie dała się zastosować metoda pracy zbiorowej, a następstwa tego były fatalne: praca nie pojawiła się na czas…. W istocie rzeczy nigdy”.

 

Przyjęta przez Romera zasada wyszukiwania uzasadnień do wszelkich faktów, nawet tych najbardziej oczywistych przywiodła go do analizy materiałów krakowskiego biura statystycznego. Na podstawie ich lektury doszedł do wniosku, że „statystyka węgierska  przynajmniej aż do 1860 r. wstecz nie uwzględniała zgoła Polaków. W śledzeniu za pośrednimi źródłami odkryłem – pisze geograf – bodaj jedyne, a to amerykański »Census« z r. 1910, w którym stwierdzono, że z ludności mieszkającej w Stanach Zjednoczonych w r. 1910, a urodzonej na Węgrzech było 2637 Polaków, tj. przeszło pół procenta ogółu ludności urodzonej na Węgrzech, skąd wniosek przez analogię, że na Węgrzech znajduje się co najmniej przeszło 100 000 polskiej ludności co najmniej, bo oczywiście wielkie jest prawdopodobieństwo, że mało uświadomiona polska ludność na Węgrzech także na emigracji swej narodowości nie demonstruje, a pod innymi zawołaniami często się ukrywa”.

Drugie wydanie “Geograficzno-statystycznego atlasu Polski“ Eugeniusza Romera z 1921 r. wzbogacono o mapę przedstawiającą obszary zamieszkałe w co najmniej 50 % przez ludność polską na tle przedrozbiorowych i współczesnych granic Polski. Wskazano na niej występowanie ludności polskiej w części Orawy (przewidzianej pod odwołany plebiscyt narodowościowy) oraz na innych terenach leżących w granicach Czechosłowacji po 1920 r.

 

WSPOMNIENIA RÓWNOLEGŁE

W broszurze Nasi Gazdowie w Paryżu ks. Machay wymienia Eugeniusza Romera wśród polskich przedstawicieli dostrzeżonych podczas pracy w Komitecie Narodowym. Sami spisko-orawscy dali się poznać już nie tylko lwowskiemu geografowi przy okazji swojego pierwszego głośnego występu nad Sekwaną, do którego doszło przy okazji odczytu poświęconego Ukrainie. Widząc okazję zaprezentowania swoich spraw przed pożądaną publiką, za namową Borowego i Halczyna do głosu zapisał się ks. Machay, który do zgromadzonych zwrócił się w słowach:

„»Szanowni Państwo! Jestem przez przyrodę obdarzony wielką wadą, nie ma wiecu, na którym bym nie przemawiał. Państwo więc darujecie, jeżeli i dzisiaj przemówię. Prawie dziś tydzień był tu w tej samej Sali  rodzaj wiecu o Spiszu i Orawie. Ani trzeciej części dzisiejszej publiczności tu nie było. Widząc dziś śmietankę polskości w Paryżu i tylu wielkich uczonych, muszę być ostrożnym. Ponieważ o Ukrainie bardzo mało wiem, państwo wybaczycie, jeżeli przemówię o tem, co doskonale znam, mianowicie o Spiszu i Orawie«. I wiecie mówiłem też ze serca! – wspomina dalej ks. Machay –Tak my widzicie w tym Paryżu Polaków o ziemiach tatrzańskich uświadamiali. Musiał się o nas i ten dowiedzieć, co i nie chciał. Za tydzień odbył się nowy wiec o Ukrainie, dyskusja nad słowami Wasilewskiego. Specjalnie nas proszono, abyśmy Ukrainy Spiszem i Orawą nie zabijali. Los jakoś zarządził, żeśmy nie mogli pójść”.

 

Relacja o zastosowanym fortelu pokrywa się ze wspomnieniami Romera obecnego  tego wieczoru w siedzibie „delegacji Piłsudskiego” na odczycie Wasilewskiego pod tytułem Polska i Ukraina:

„W pamiętniku zapisałem o tym odczycie  tylko następujące słowa: »Informacje Wasilewskiego, a tym bardziej wnioski o powszechności niepodległości owego ruchu ukraińskiego w zupełnej sprzeczności z wszystkiemi doświadczeniami. Długotrwałość odczytu, a następnie półtoragodzinne wywody ks. Machaya o Śląsku i Orawie, uznane za nagłe – wykluczyły dyskusję nad odczytem Wasilewskiego«. Dyskusję odłożono do następnego zebrania”.

 

Piotr Borowy, Wojciech Halczyn i gen. Józef Haller na paryskim dworcu. ZOBACZ TAKŻE: Orawianie na ekranach francuskich kin

Przedstawicieli Orawy i Spisza widział geograf podczas powitania w Paryżu Ignacego Jana Paderewskiego. Sam również w ramach swoich możliwości aranżował dla nich spotkania. Czasem działo się to nawet na prośbę, tych, którzy zazwyczaj od innych deputacji by się opędzali…

„Pyszna była dzisiaj scena. Andrzej Lubomirski prosi, bym go przedstawił chłopom ze Spisza i Orawy. Delegaci! A chłopy mądre i bojowe, a kraj znają, ba, i mówią po angielsku – jeden z nich był przez 2 lata 25 lat temu w Ameryce. Ktoś tam z biurowych Komitetu chce Orawiakom wytłumaczyć, z jakiego to rodu Lubomirski – powiada z takiego „jak Hohenlohe” – gazda pomrukuje, niby zrozumiał, ale ja wam powiadam, że „się to już teraz nie rachuje”, a gazdowie oczywiście się swemu dostawcy tytoniu do fajki nie sprzeciwiają, wszak Lubomirski im dopiero to obiecuje…” – wspominał Romer.

 

Wątek tytyniu, zdawać by się mogło humorystyczny, znalazł się nawet w korespondencji ks. Machaya do dra Jana Bednarskiego. „Chleb i piwo tu bardzo dobre! Halczyn sobie najlepiej tytoń chwali, który mu prof. [Eugeniusz] Romer i książę [Andrzej] Lubomirski dostarcza. Jako widzicie powodzi się nam nieźle” – pisał Orawianin w liście z Paryża.

Przywołując powyższe wspomnienie Eugeniusz Romer podzielił się również dużo poważniejszym i ostrym w swojej wymowie przemyśleniem: „Mam wstręt do wszystkich tych »Panów «, którzy do ostatniej chwili trzymali się klamki »Najjaśniejszych i Najmiłościwszych «, a teraz proszą o dostęp przed Majestat ludu – wszystko dla tych dodatków do przywilejów, które po tyle razy wieszane na kołku, obrywały się na ziemię i… znów się podnosiły!”. Możliwe, że w paryskim towarzystwie to właśnie delegaci z Orawy i Spisza podzielali jego krytyczny pogląd na hołdowanie szlacheckim tradycjom, które bywały sprzeczne z interesami narodowymi. Tak jak w przypadku użytego przed gazdami porównania do postaci księcia Christiana Hohenlohe-Öhringen, którego stan posiadania na Spiszu groził zamknięciem mieszkańców regionu w granicach Czechosłowacji, łącznie z terenami sięgającymi nawet po Morskie Oko! Ten krytycyzm zawsze był jednak daleki od prądów bolszewickiej myśli o walce klasowej.

Po zakończeniu swojej misji w Paryżu ks. Machay i gazdowie wyruszyli w drogę powrotną do Polski z gen. Józefem Hallerem, wiodącym nad Wisłę Błękitną Armię. Tymczasem nad Sekwaną nadal toczyły się targi nad przyszłym kształtem Europy.

Mapy dotyczące Orawy i Spisza, którymi posługiwało się polskie przedstawicielstwo na konferencji pokojowej w Paryżu. Karta z wydawnictwa “Polski Atlas Kongresowy”, 1921 r. Na górze zestawienie czeskich opracowań z 1913 i 1919 r. na temat obecności Polaków na spornym obszarze. Niżej przedstawienie dotyczące polskich rewindykacji.

 

PARYŻ PO ODJEŹDZIE GÓRALSKICH DELEGATÓW

Pod datą 26 lipca 1919 r.  Eugeniusz Romer zanotował:

„Po pożegnaniu się z pastorami [ze Śląska Cieszyńskiego] [Robert ] Lord mię zatrzymał i dyskutował na temat Orawy, czy nie zmieniliśmy naszych rewindykacji, czy Polhora, Rabcza i inne gminy zachodniej połaci Orawy nie ciążą ekonomicznie w dół do Namiestowa i Trzciany (Trsteny)? Zaprzeczyłem z wyjątkiem jednej wsi, zdaje mi się Wysokiej (w manuskrypcie niewyraźnie, może Hrynki?), ale i ta z Rabczą się komunikuje. Żywiec twierdziłem, jest jako centrum ważniejszy od Twardoszyna, a Rajcza od Trzciany. W każdym razie byłoby najstosowniej, gdybyśmy otrzymując cały ten obszar do spływu wód górnej Orawy, skompensowali znajdujących się tu nielicznie Słowaków z Polakami z okręgu czadeckiego. Osobliwe, że Lord usuwał się od wszelkiej dyskusji  na temat Spisza…!”.

 

Zainteresowanie amerykańskiego specjalisty do spraw europejskiej części Rosji i Polski, uznać można za wynik spotkania delegacji spisko-orawskiej z prezydentem USA. Jeszcze na dwa tygodnie przed opisanym wyżej zdarzeniem, w notce służbowej dla przedstawicieli swojego kraju stwierdzał, że „rektyfikacja granicy polsko-czechosłowackiej musi obejmować okręgi Spisza i Orawy”. Interwencja Amerykanów sprawiła wówczas, że gremium przedstawicieli Wielkich Mocarstw ponownie zajęło się rozpatrzeniem zagadnienia Spisza i Orawy, które w tym czasie było bliższe rozstrzygnięć na korzyść strony czeskiej. W związku z tym również na agendzie ważnych spraw Eugeniusza Romera ponownie stanęła sprawa polskich Kresów Południowych:

„O godzinie czwartej był u mnie kpt. Lazarenc – jedyna znajomość Polskiej Delegacji – w sprawie Orawy; wręczyłem mu odnośną literaturę, a godzinę potem poszedłem doń ze Ślązakami [cieszyńskimi] (…) Nie bardzo chciał on mówić ze Ślązakami nie mając na to szczególnego zlecenia… zakomunikuje o tym jenerałowi. Sprawa Śląska, zdaniem jego, jest wobec pertraktacji krakowskich zupełnie nieaktualna”.

 

Spotkanie to miało miejsce 29 lipca 1919 r., tj. dokładnie w dniu, w którym w Krakowie zakończyły się kilkudniowe polsko-czechosłowackie rozmowy, będące próbą dwustronnego rozwiązania sporu granicznego. Z powodu ich fiaska, kwestia ta została na wniosek Pragi przeniesiona na konferencję pokojową w Paryżu.

Fakt ten został ujęty również we wspomnieniach Machaya, który pisał, że rokowania zostały zainicjowane „na rozkaz sprzymierzonych”, wobec czego nie dziwi ich przebieg: „Czesi wysunęli swe historyczne roszczenia z wszystko psującym uporem, oraz zarozumiałością,  nasi zaś zaproponowali głosowanie ludności na całych spornych obszarach. I koniec rokowań” – pisał Orawianin.

 

– „Podkreślam »profilaktyczny« charakter takiej dyskusji – kontynuował swoją notatkę Romer – Lazarenc upiera się w tej dyskusji do kwestii Orawy. Gdy tej sprawy nie poruszyliście, powiadam tej sprawy, póki w naszej delegacji był jeszcze [Kazimierz] Nitsch, to teraz musicie tym bardziej słuchać Ślązaków. De facto nie przestał mię do końca gnębić sprawą Orawy zachodniej, dla której brak pełnej literatury – nb. czeskiej! Strzembosz dwa dni szukał po bibliotekach bez powodzenia”.

Etnograficzna mapa pogranicza polsko-czechosłowackiego wg. opracowania Kazimierza Nitscha. Wydana w zbiorze “Polski Atlas Kongresowy”, 1921 r.

 

Kolejna notatka Romera pokazuje, że literatura, podobnie jak mapy – a zetem podstawy merytoryczne, były ważne w argumentacji, którą budować chciała strona polska:

„Rano zastanawiam się, czy Szura zwrócił uwagę Czaplińskiego i Piątkowskiego na konieczność dobrego poinformowania Bourtilliona? Okazało się, że nie! Telefonem sprowadziłem Rosego i z nim i Czaplińskim do Bourtilliona. (…) Okazuje duże zainteresowanie się sprawą i okazuje się dostępnym dla rzeczowych argumentów. (…) W końcu przypomniałem mu argumenty z literatury czeskiej (Sembera, Czambel, Niederle) na Czacę i Orawę zachodnią. Wykazał znakomitą znajomość literatury, także polskiej (…)”.

 

Wkrótce sprawy przeszły w fazę, w której nie wystarczyło posiadać mocne argumenty, ale również skutecznie je forsować i dopilnować ich wcielania w życie.

7 sierpnia powołana została Podkomisja do Spraw Cieszyna, Spisza i Orawy, złożona z ekspertów państw Entetnty. Efektem jej pracy był raport z projektem linii granicznej, który 22 sierpnia trafił do Rady Najwyższej. Trzy dni później Romer spotykał się z Amerykaninem, Lordem. „Odjeżdża definitywnie czwartego względnie szóstego – notuje geograf – Lord komunikuje mi  decyzję w sprawie Śląska Cieszyńskiego, Orawy i Spisza. Macie, mówi, wszystko, co jest istotne”.

Tymczasem sprzeciw przedstawicieli Pragi sprawił, że sprawa wróciła do rozpatrzenia przez połączone Komisje Spraw Polskich i Spraw Czechosłowackich. Ich wnioskiem było oddanie rozstrzygnięcia pod plebiscyt. 11 września Rada Pięciu przyjęła wniosek o zorganizowanie takiego głosowania.

 

DRUGIE SPOTKANIE Z KS. MACHAYEM

Gdy 14 września 1919 r. czytelnicy „Gazety Podhalańskiej” czytać mogli ostatni odcinek relacji ks. Machaya z wiosennego pobytu w Paryżu, zakończoną stwierdzeniem: „Miałbym jeszcze coś do napisania, ale się bardzo spieszę, bo za godzinę odjeżdża pociąg do Warszawy, którym i ja muszę pójść. Jadę bowiem znowu do Paryża – na ostatnią walkę o Spisz i Orawę”, autor tych słów był już w stolicy Francji w towarzystwie prof. Władysława Semkowicza. Obaj właśnie tego dnia zabiegali u Delegacji Polskiej o interwencję przed Radą Najwyższą ws. obszaru plebiscytowego, który na Spiszu i Czadeckim nie odpowiadał postulatom strony polskiej. Polskie przedstawicielstwo uwzględniło częściowo tę prośbę, przedkładając notę z wnioskiem o rozszerzenie głosowania na powiat starolubowelski i pozostałą część kieżmarskiego, a także na położony nad tą rzeką skrawek żupaństwa szaryskiego.

O tych dniach pisał potem Machay na łamach swojego pamiętnika:

„Dyplomaci i politycy, zajęci bardzo poważnie życiowymi sprawami i zagadnieniami Polski, pod wpływem serca całego społeczeństwa, nie mogli nas milczeniem pomijać. Gdy więc drugi raz zjawiłem się w Paryżu w towarzystwie prof. Semkowicza w pierwszych dniach września 1919 r., odczuliśmy i tam wpływ wieców spisko-orawskich po całej Polsce. Tę drugą podróż do Paryża przez Czechosłowację uważam teraz za najmniej męskie przedsięwzięcie w całej kilkuletniej pracy spisko-orawskiej: podróżowałem bowiem pod pseudonimem Andrzeja Zwoleńskiego, profesora z Warszawy”.

 

15 września Delegacja Polska po interwencji dra Semkowicza i ks. Machaya złożyła notę z wnioskiem o rozszerzenie planowanego plebiscytu na Spiszu.

Pod datą 20 września Eugeniusz Romer zanotował:

W Delegacji atmosfera pełnego zadowolenia z powodu sprawy śląskiej (cieszyńskiej). Czesi nie chcieli plebiscytu, my tak (nb. jako optimum malum, nawet pessimum), więc zwyciężyliśmy. Gdybyś pan widział granice nam na Śląsku przeznaczone bez plebiscytu, a teraz cały Śląsk z Fredyckiem do plebiscytu… Oto triumf! W dodatku na Orawie znaczne rozszerzenie naszych aspektów, a jak mię upewniają ad hoc, do Paryża przybyli prof. Semkowicz i ks. Machay z Orawy, zdołano cały Spisz wprowadzić do plebiscytu, podczas gdy pierwotna propozycja Komisji, obejmowała obszar tylko po dział wodny Dunajec – Poprad!”.

 

Nieco odmienne spojrzenie na sprawę obszaru plebiscytowego miał ks. Machay, postrzegając go w przypadku Orawy za – uwaga – zbyt duży! „W Czacy i na Orawie, ustawiliśmy łatwo granicę powiatami: Czaca, Namiestów, Trzciana, chociaż mnie się wciągnięcie całego namiestowskiego powiatu do głosowania wysoce nie podobało, gdyż za dużo w nim jest słowackich gmin. Musiałem jednak się zgodzić, gdyż inaczej byłby polskie wsi pozbawione głosowania”. Wymóg o którym wspomina ks. Machay wynikał z faktu, że „od Rady Dziesięciu przyszło do Komitetu Narodowego pismo z wezwaniem, aby w ciągu 24 godzin podać granice ściśle określone, wśród których rząd polski pragnie, aby się odbyło głosowanie. W piśmie tym była bardzo ważna wzmianka, aby mianowicie podać administracyjne jednostki w całości, nie zaś według linii etnograficznej”.

Jedna z map “Atlasu Polski współczesnej“ Eugeniusza Romera z 1928 r., na której w przedstawieniu obszaru zamieszkałego przez Polaków ujęto obszary pozostające w tym czasie poza Polską – w przypadku Orawy: części historycznego zwartego osadnictwa polskiego w rejonie Namiestowa i Trzciany.

Wkrótce jednak problemem spisko-orawskich działaczy stało się odwrócenie sprzyjającego im biegu spraw. Wyrazem tego stały się okoliczności, które wzbudziły uzasadniony niepokój u Eugeniusza Romera:

„Na zapytanie o moje najbliższe zajęcia otrzymuję odpowiedź „nic nagłego, wkrótce przyjdą sprawy wschodnie”. Zlecono mi natomiast poinformować się u Tylera, o którym Dmowski zauważył, że na komisji dziwnie się zachowywał. (…) O trzeciej po południu byłem u Tylera. (…) Wraz potem wkraczam na problemy Śląska, Spisza i Orawy i – dowiaduję się, że niczego o tym nie słyszał, że to zgoła nie ich resort! Tak trudne to do wiary, że wchodzącego w tej chwili Tylera w tej sprawie interpeluję, rozwijając podstawy mojego rozumowania. »A niech nas losy bronią od takiego jeszcze obciążenia«, odpowiada Tyler i… kropka, kreska!

W końcu komunikuje mi Tyler, że w Komisji Cambona on Lorda nie zastąpił… Więc kto? Nikt? Chyba Gibson, który teraz bawi w Paryżu… Po takiej tragicznej zaiste rewelacji zetknąłem się natychmiast z delegacją spisko-orawską, która mi wyznała, że optymalnie jej ostatnie informacje pochodzą z sekretariatu Polskiej Delegacji, która ich dotychczas z nikim kompetentnym w sferach alianckich nie skomunikowała, a tylko z Dullesem (siostrzeniec Lansinga), ogniś członkiem amerykańskim komisji czeskiej.

Faktem jest, że w takiej przełomowej, jak się zdawało, chwili Polska Delegacja nie była w ciągu trzech tygodni occurant co do tego, kto z Amerykanów reprezentuje polskie i czeskie interesy!”.

 

Wobec tak zarysowanej sytuacji dowolna katastrofa była na wyciągnięcie ręki…

„Któżby zdołał opisać nasz ból, gdybyśmy się dowiedzieli o poważnem obcięciu naszych wniosków! – zaznaczał we wspomnieniach Orawianin – Proponowaliśmy sześć powiatów: Czaca, Namiestów, Trzciana, Stara-Wieś, Stara-Lubowla i Kieżmark. Dano nam pod głosowanie tylko połowę; Czacę, Lubowlę i Kieżmark przeznaczono na »wieczne« oddanie Czechom! Ja leżałem chory w łóżku, gdy profesor Semkowicz wpadł do pokoju, rzucił swą tekę na ziemię, usiadł na kanapie, schowawszy swą twarz w obu dłoniach, jak gdyby się wstydził przede mną.

– Co się z tobą dzieje – zapytałem go zatrwożony, przeczuwając jakąś klęskę.

– Dali nam do głosowania trochę głodnych ludzi – brzmiała bardzo smutna odpowiedź Semkowicza. Byliśmy obaj – jak się to mówi – wściekli od bólu z rozczarowania i rozpaczy, jaka nas chwilowo ogarnęła.

Wybraliśmy się wnet do Komitetu Narodowego z usilną prośbą o pomoc, aby przynajmniej dolinę Popradu wciągnąć w strefę głosowania. Jak ci panowie nie pojmowali naszego bólu! (…) Przedtem przezywano nas chodzącem sumieniem, teraz chodzącem zmartwieniem. W tej przesmutnej chwili zajął się doliną Popradu nadzwyczaj energicznie prof. Eugeniusz Romer. Spotkawszy się ze mną na korytarzu , nie mógł mnie poznać, gdyż jako prof. Zwoleński w żakiecie i krawatce wyglądałem nieco inaczej, niż ks. Machay.

– Skąd ja pana znam? – zapytał się.

– Pochodzę z tego zakątka Polski, o którym pan profesor ku wielkiemu bólowi w swoim Atlasie zupełnie zapomniał – odpowiedziałem wymijająco, lecz p. Romer zaraz zrozumiał i zawołał:

– Aa… ks. Machay!”.

 

Działania podjęte przez Romera znalazły odzwierciedlenie również w jego osobistych notatkach:

„W takiej sytuacji połączyłem się natychmiast telefonicznie z sekretariatem Le Ronda [przewodniczący Podkomisji ds. Cieszyna, Spisza i Orawy]  i delegacji angielskiej i ku wielkiemu zdziwieniu delegacji spisko-orawskiej zakomunikowałem im, że wprost ich skomunikuję z Francuzami i Anglikami. Idziemy do Lanrecezaca. Gdy ten okazał wielkie zainteresowanie się polskimi markami pocztowymi, a na temat Spisza nie miał ochoty rozmawiać, odsyłając nas quidam referenta, oświadczyłem, że pragnę możliwie wprost rozmawiać z Le Rondem. , co się istotnie natychmiast stało. Rozmowa z Le Rondem, trwająca przeszło półtorej godziny, toczyła się bardzo gładko, ale ciągle przez niego na tematy pozaspiskie wyprowadzana: o szlachcie polskiej, tytułach i herbach, przynależności rodów do herbów i różnorodności zawołań itp. – gdy jednak znowu sprawę Spisza wywiodłem, nie szczędząc licznych wymówek, Le Rond winę wytworzonej sytuacji zrzuca na nas: »niedostatecznie nas informowaliści«, dane którymi operujemy, zna wszystkie »ale tę mapę [Niederle] widzę po raz pierwszy«. Nie było tu nic więcej do roboty”.

 

– „I chcąc nam wyrządzoną krzywdę wynagrodzić, zajął się nami po ojcowsku – wspominał znów ks. Machay o RomerzePoleciał natychmiast do Lorda, Amerykanina, któremu Wilson przy swoim odjeździe oddał memoriał gazdów Borowego i Halczyna, aby przypilnował tej sprawy. Był z nami u człowieka najbardziej obojętnego dla sprawy polskiej: Filipa Carra, Anglika, który wcale się nie krył przed nami ze swą do nas niechęcią (…). Młody Anglik nie krępował się wcale obecnością prof. Romera, dobrze mu znanego z innych spraw. Pan Carr ozdobił sobie ściany pokoju mapami Europy. (…) W obcem mieszkaniu trudno było wzdychać i krzyczeć od strachu i bólu, jaki mnie przejął, gdym zobaczył granice na Spiszu-Orawie. Magóra spiska (powiat Stara Wieś) była przy Polsce, reszta naszych żądań zaś wszystko przy Czechach, a więc i moje rodzinne progi”.

 

To właśnie spotkanie Romer odnotowuje już pod datą 21 września 1919 r. Idziemy z Semkowiczem i Machayem do Carra. Ten od razu przedstawia beznadziejność poprawy sytuacji w sprawie Spisza. Zarzutu, że z czeskiego obszaru etnograficznego w świetle literatury czeskiej ani 1% nie idzie do plebiscytu, a 30% dostaje wprost i od razu Czechom, nie zdoła Carr odeprzeć, broni się jednak przed zarzutem »dwie metody« … »Między aliantami trzeba było Benešowi coś przyznać… a tę część Spisza oddano pod plebiscyt, którą przed miesiącami zdecydowano oddać Polsce bez plebiscytu« … wreszcie rozkłada rozpaczliwie ręce i przyznaje się…. »znużenie!«”.

 

Znużenie” do którego przyznał się rozmówca Romera było czynnikiem, który dostrzegła również ks. Machay:

„Warto zaznaczyć treść i przebieg arcyważnych narad w owych pamiętnych dniach. Koalicja była znużona przewlekaniem sprawy cieszyńsko-spisko-orawskiej i do  pewnego stopnia zgniewana, że Czesi i Polacy nie potrafili sami rozwiązać tego grubego węzła – tak bardzo zagmatwanego”.

 

27 września 1919 r. Rada Najwyższa podjęła oficjalną decyzję o przeprowadzeniu plebiscytu na Śląsku Cieszyńskim oraz Spiszu i Orawie w „najkrótszym czasie, w każdym razie nie dłużej niż [do] trzech miesięcy”. W praktyce termin ten był wielokrotnie przesuwany, aż do ostatecznego odwołania w lipcu 1920 r.

 

***

Ostatnie zapiski Romera z paryskiej konferencji dotyczą października 1919 r. Później występował też w roli eksperta podczas konferencji w Rydze, gdzie ustalany był przebieg granicy po wojnie polsko-bolszewickiej. W kolejnych latach pracując nad rozwojem kartografii w niepodległej Polsce spod jego ręki wychodziły kolejne mapy i atlasy, w których odznaczały się m.in. zmiany graniczne dotyczące Orawy z 1924 i 1938 r. Po 1945 r. na nowo rysował granice powojennego świata, w którym tym razem granice wytyczane były już bez jego udziału.

Po latach jednym z biografów Eugeniusza Romera został pochodzący z Orawy ks. Stefan Misiniec, który przedstawił jego drogę osobistego nawrócenia. W wyobrażeniach najmłodszej generacji Orawian uczony geograf występuje jako patron  liceum w Rabce-Zdroju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *